Blog Wojciecha Urbanka

Wojciech Urbanek jest redaktorem naczelnym Świata Telekomunikacji
 
 

Reformatorzy kontra psuje


Rząd Donalda Tuska ma dobre chęci. Gdyby tylko mógł, przychyliłby nieba każdemu obywatelowi. Ale niestety przyszło mu działać w wyjątkowo trudnych czasach, w przeciwieństwie do poprzedniej ekipy. Wokół gromadzi się pełno psujów, sypiących piach w tryby, znakomicie naoliwionej maszyny. A to prezydent wetujący ustawy, partie opozycyjne, które zamiast popierać cenne inicjatywy, szukają dziury w całym czy nawet zachodnie media. "Looking nice but doing nothing" - to tytuł artykułu z czerwcowego The Economist, opisującego poczynania premiera z Gdańska. Co gorsza, do licznego grona przeszkadzaczy dołączają nowi. Od niedawna w tym  gronie znajdują się operatorzy telekomunikacyjni. Przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury  poskarżyli się mediom, że opóźnienia w przygotowaniu strategii rozwoju telekomunikacyjnego to wina telekomów, które ociągają się z przedstawieniem własnych propozycji. Ten komunikat tak naprawdę niewiele nam mówi, ponieważ nie znamy założeń strategii. Z drugiej strony dość łatwo można odczytać intencje  autorów.  Ministerstwo pracuje w pocie czoła nad strategią, ale niestety jest osamotnione, bowiem znów znaleźli się psuje, czyli operatorzy. Ci z kolei  tłumaczą się, że nie są rozliczani przez wyborców lecz  udziałowców, a tych ostatnich nie interesują obietnice lecz wyniki finansowe. W nieoficjalnych rozmowach operatorzy przyznają, że bez zapewnień ze strony rządu dotyczących zwrotu z inwestycji związanych z rozbudową infrastruktury, trudno włączyć się do jakichkolwiek działań. - Bez konkretnych podstaw biznesowych można tylko fantazjować o powiększaniu capacity sieci. To jest inwestycja, na którą wyłożymy własne pieniądze i musimy mieć pewność zwrotu poniesionych nakładów - wypowiada się na łamach Teleinfo24 jeden z wiceprezesów jednego z operatorów. Trochę trudno mi uwierzyć, że telekomy mają w głębokim poważaniu rozwój sieci. Przecież przedsiębiorcy telekomunikacyjni od dawna domagają się nie tylko strategii, ale także likwidacji barier inwestycyjnych. Te ostatnie być może udałoby się w miarę szybko zlikwidować, gdyby nie to, że  administracja Tuska cofnęła gotowy i zaakceptowany przez poprzedni Komitet Rady Ministrów dokument "Bariery inwestycyjne w telekomunikacji". Warto także przypomnieć, że w wielu państwach UE rząd aktywni włączył się w budowę infostrad. We wzorcowej Irlandii, aby poprawić na terenach wiejskich wskaźnik dostępu do Internetu ekipa rządząca wprowadziła program skierowany do dostawców, dzięki któremu firmy mogą uzyskać nawet do 55 procent zwrotu z inwestycji w łącza Z kolei we Włoszech rząd wydał około 300 milionów euro na inwestycje zwiększające dostępność broadbandu na południu kraju. W ciągu sześciu lat stopień penetracji wzrósł z 0,7 do 15,8 procent.  W Polsce jak na razie MI skarży się na krnąbrnych operatorów, utrudniających wdrożenie  nowej strategii. Dokąd to zaprowadzi? Tego nie wiemy, ale  środowisko telekomunikacyjne nie ma wątpliwości, że rozbudowa sieci transmisji danych jest konieczna nie tylko ze względu na Euro 2012, ale przede wszystkim  rosnące zapotrzebowanie na transfer danych. Jak się okazuje niewiele lepiej dzieje się w siostrzanej branży - informatyce. Choć tutaj trudno wskazać psujów. MSWiA najwyraźniej nie radzi sobie z opracowaniem koncepcji informatyzacji kraju.  "Rządowa strategia informatyzacji kraju" miała być gotowa w czerwcu,  mamy już drugą połówkę sierpnia, a tu ani widu, ani słychu.  Dokument jest o tyle ważny, bowiem pozwoli  ogłosić przetargi na systemy informatyczne, których wartość szacuje się na 14 mld zł. Najważniejsze projekty to Rejestr Usług Medycznych, e-podatki, Pl.ID i PESEL2 platforma usług publicznych e-PUAP i informatyzacja głównych rejestrów państwowych.  Warto przy okazji przypomnieć, że jeszcze kilka miesięcy niektórzy politycy, głównie z obozu rządowego, wypowiadali się z entuzjazmem się o wprowadzeniu głosowania przez Internet. Z kolei w maju Donald Tusk obiecał rozdać na początku roku szkolnego 2010/11 wszystkim gimnazjalistom laptopy wraz z dostępem do Internetu.. Nie wiem jak traktować te zapowiedzi, zwłaszcza w kontekście ślimaczego tempa opracowywania dwóch istotnych strategii.  Ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, bowiem w najbliższym czasie będziemy dyskutować o tarczy antyrakietowej, no i o tym jak uzdrowić polski sport.



 
 
 
 

Nokia rules


Według  Gartnera w bieżącym roku globalna sprzedaż telefonów komórkowych wzrośnie o 11 procent. Firma badawcza skorygowała swoją wcześniej prognozę, która zapowiadała 16 procentowy wzrost. Ta wiadomość może trochę zmartwić niektórych producentów, choć wątpię, aby w tym gronie znalazła się  Nokia. Finowie ze spokojem i konsekwencją realizują swoją strategię, zgodnie z  zasadą "tisze budiesz, dalsze jediesz". To zdecydowanie różni ich od  robiącej wokół siebie wrzawę ekipy Jobsa.  Już za kilkanaście dni dojdzie do starcia Nokii z  iPhonem na naszym rodzimym podwórku. Jestem niezmiernie ciekaw, kto w Polsce pierwszy rzuci się na telefony  z nadgryzionym jabłuszkiem. Wiele wskazuje na to, że po kultowe urządzenie sięgną młodzi, prężni menedżerowie. Ale przecież iPhone może być również całkiem fajnym dodatkiem do złotego łańcucha i dresu z logo Nike. Jak na razie rodzimi operatorzy dawkują emocje, co kilka dni wypuszczając informacje  o dacie rozpoczęcia sprzedaży, zapisach,  cenach. Nie przypominam sobie, żeby w przypadku innych telefonów stosowano podobne zabiegi. A tymczasem Nokia coraz mocniej naciska na pedał gazu i odjeżdża konkurentom. W drugim kwartale bieżącego roku Finowie sprzedali 122 miliony słuchawek, o 22 procent więcej aniżeli w analogicznym okresie roku ubiegłego, do firmy należy  już 40 procent rynku telefonów komórkowych. Drugi w tym zestawieniu Samsung wypada na tle lidera dość blado ze swoim 15 procentowym udziałem. Dużym echem w telekomunikacyjnym światku odbiła się informacja o obniżce cen niektórych telefonów Nokii -  5310 oraz 5610 XpressMusic oraz N81 z 8GB pamięci.  Natychmiast pojawiły się dwie teorie, próbujące wyjaśnić poczynania lidera. Osoby nieprzychylne Finom przyczyn takiego stanu rzeczy upatrują w tym, że telefony multimedialne Nokii sromotnie przegrywają konkurencję z walkmanami Sony Ericssona i telefonami Samsungami. Inni dodają, że to strach przed rywalami. I to nie  tylko przed iPhonem, ale także nowym dzieckiem Samsunga - Omnią. Poza tym już wkrótce  nastąpi mocne uderzenie ze strony SE,  jakim będzie premiera  urządzenia XPERIA X1. Z kolei zwolennicy  fińskiego producenta przekonują,  że Nokia z premedytacją zadaje cios SE i Motoroli, dwóm graczom borykającym się w ostatnim czasie ze sporymi kłopotami. Stąd obniżki dotyczą segmentu telefonów multimedialnych i muzycznych. Mnie bardziej przekonuje argumentacja tych drugich, bo to pies kręci ogonem, a nie odwrotnie. O tym, ze Finowie trzymają rękę na pulsie świadczy zakup akcji Symbian Limited. Producent oprócz tego, że zakupił Symbiana, gracza numer jeden na rynku otwartego oprogramowania dla telefonów, dodatkowo ogłosił powstanie Symbian Foundation,. W ramach fundacji  Nokia wspólnie z AT&T, LG Electronics, Motorola, NTT DOCOMO, Samsung, Sony Ericsson, STMicroelectronics, Texas Instruments oraz Vodafone ma opracowywać oprogramowanie dla telefonów. Zdaniem niektórych analityków ten krok Nokii może wzmocnić pozycję firmy za oceanem, gdzie nie wiedzie się jej tak dobrze jak w na innych kontynentach. Fundacja to bezpośredni konkurent dla Androida, platformy stworzonej przez Google, a także dla programistów opracowujących software dla iPhone'a. Nawet jeśli misja Finów nie skończy się całkowitym powiedzeniem, to z może przeszkodzić  rywalom w ekspansji na inne rynki, a zwłaszcza europejski. A wiadomo, że najlepszą obrona jest atak. O ile zdążyliśmy już poznać, i to w dwóch odsłonach dziecko inżynierów z Apple, o tyle o Androidzie wyłącznie się dyskutuje. Według ostatnich doniesień HTC Dream, pierwszy oficjalny telefon bazujący na tej platformie, ujrzy światło dzienne w czwartym kwartale bieżącego roku. Trzeba zatem jeszcze cierpliwie poczekać. Kolejnym graczem  w towarzystwie jest LiMo Foundation, która  tworzy mobilną platformę systemową LiMo opartą na Linuksie. W przeciwieństwie do Androida, LiMO ma się  czym pochwalić, bowiem na tej platformie działają już  22 telefony (Motorola, Nec, Panasonic). Wprawdzie jak na razie zaawansowane telefony z systemem operacyjnym stanowią około 10 procent wszystkich sprzedawanych słuchawek, ale słupki szybko pną się do góry.  Według Canalys Research w 2007 roku producenci sprzedali 118 milionów smartfonów, co oznaczało 56 procentowy wzrost. Palma pierwszeństwa należała do telefonów z Symbianem, które opanowały 65 procent rynku, a w takich regionach jak APAC i EMEA odpowiednio  85  i  80 procent. Dziś nikt chyba nie ma wątpliwości, że przyszłość telefonii należy do smartfonów, które będą powoli wypierały z rynku proste telefony. A tutaj znów najważniejsze karty rozdaje Nokia, która sprzedała ponad 60 milionów urządzeń w ubiegłym roku. Kto i kiedy powstrzyma rozpędzoną fińską lokomotywę. 
 
 
 
 

Metamorfoza


Blisko miesiąc temu pisałem o moich zmaganiach z operatorem telefonii komórkowej, który w żaden sposób nie potrafił lub nie chciał nagrodzić mojej lojalności. Handlowcy od niechcenia oferowali kiepskie telefony w atrakcyjnych cenach bądź dobre modele w cenach niewiele różniących się od tych oferowanych przez sklepy internetowe. Subtelna różnica polegała jedynie na tym, że ze sklepem nie musiałem podpisywać dwuletniej umowy. Nie lepiej było z taryfami. Najbardziej zdolni sprzedawcy potrafili zaproponować z uśmiechem na twarz warunki gorsze aniżeli otrzymałbym wchodząc z ulicy do salonu któregokolwiek z konkurentów.  Ale i tak nikt nie przebije młodej damy z salonu sprzedaży, która, kiedy zacząłem trochę wybrzydzać, zapytała czy chcę rozwiązać umowę na miejscu. To przelało czarę goryczy, postanowiłem przenieść numer do innego operatora. Tak też uczyniłem, ale zgodnie z regulaminem jeszcze przez 30 dni numer należał do mojego byłego usługodawcy. I nagle wszystko odmieniło się jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Pewnych siebie, uśmiechniętych luzaków zastąpili zatroskani odejściem klienta handlowcy. Otrzymałem SMS-y z prośbą o kontakt, a telemarketerzy kilkakrotnie przekonywali, że naprawdę warto zostać i jeszcze nic straconego, a złożony wniosek o przeniesienie numeru wcale nie oznacza naszego definitywnego rozstania. Dlaczego Pan rezygnuje z naszych usług, jesteśmy przecież  razem już od sześciu lat? Co się stało? Dlaczego nie podoba się Panu nasza oferta? To tylko niektóre z pytań zadawanych przez telemarketerów. Ale tym razem za w ślad za słowami poszły czyny. Handlowcy potrafili znaleźć całkiem przyzwoity telefon za 1PLN oraz bardzo korzystny abonament. Zatem nie warto biegać po salonach, najlepiej złożyć wniosek o przeniesienie numeru do innej sieci i czekać na rozwój wypadków. Poza tym jak wytłumaczyli mi bardziej wtajemniczeni, handlowiec w salonie nie ma żadnego interesu, aby zatrzymać klienta, on walczy o nowych. Od czarnej roboty są telemarketerzy. I trzeba przyznać, że wykonują ją całkiem nieźle. Ale nie zawsze można naprawić to co popsują ich koledzy w salonach.

 
 
 
 

iPhonemania. Część druga


Miłe dla oka produkty pracują lepiej - słowa wypowiedziane  niegdyś przez Dona Normana, wiceprezydenta w Apple w latach 1993-1998,  tłumaczą filozofię producenta z Cupertino. "Jabłuszka" pod wodzą Jobsa od kilku lat wyznaczają trendy w stylistyce na rynku IT, a we wszelkiego rodzaju rankingach marek Apple plasuje się na czołowych pozycjach, czasami nawet zajmując pierwszą lokatę. Ale popularność niekoniecznie musi iść w parze z wielkimi sukcesami w biznesie. Wprawdzie iPod jest niekwestionowanym liderem na rynku odtwarzaczy muzycznych, ale już Macintosh choć sprzedaje się coraz lepiej, może jak na razie pomarzyć o wynikach swoich konkurentów - HP czy Della. Apple nie podbił również rynku telefonii komórkowej. Do końca maja bieżącego roku firma sprzedała 6 milionów telefonów, co nie daje jej chociażby 1 procentowego udziału w rynku.  iPhone stanowi niewielką część całościowej sprzedaży Apple, w ostatnim kwartale było to 5 procent przychodów firm, dla porównania sprzedaż Macintoshy i iPodów generuje 75 procent przychodu. Choć należy zaznaczyć, że telefon przynosi całkiem godziwy zysk - około  100 dolarów.  Czy nowy iPhone poprawi wynik swojego poprzednika?  Wszystko wskazuje na to, że tak, ale nie na tyle, aby mocno przestraszyć największych graczy na rynku telefonii komórkowej. Nowa wersja ma być sprzedawana początkowo w 22, a następnie 70 krajach. Apple liczy, że do końca roku znajdzie nabywców na 10 milionów telefonów. Dla porównania Nokia sprzedała w drugim kwartale bieżącego roku 120 milionów komórek, Samsung 48 milionów, a LG 28 milionów. Premiera nowego modelu iPhone'a to powtórka  ubiegłorocznego scenariusza. Przed sklepami znów ustawiły się długie kolejki. Niejaki Dale Larson z San Francisco spędził 36 godzin w ogonku. Jeszcze lepszy był Jonny Gladwell, student z Nowej Zelandii, który koczował przed sklepem 60 godzin. W stolicy Japonii kolejka liczyła 1500 osób. Nie popisali się jedynie Brytyjczycy, przed flagowym sklepem Apple na Regent Street ustawiło się jedynie 150 Londyńczyków. Apple postanowił nieco urozmaić repertuar i zadbał o dodatkowe atrakcje dla swoich najwierniejszych fanów. Awaria serwerów uniemożliwiła aktywację usługi, co wydłużyło czas oczekiwania na uruchomienie telefonu.  Kłopoty mieli także użytkownicy starszej wersji, którzy chcieli zaktualizować software. Ale takie błahostki  nie zrażają maniaków iPhone'a. W pierwszy weekend sprzedaży po telefon sięgnęło milion klientów w 21 krajach ( m.in. Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Belgii, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, Skandynawii, Wielkiej Brytanii Stanach Zjednoczonych, Australii). Poprzednia wersja osiągnęła taki wynik w 74 dni. To start godny podziwu, tym bardziej, że nowy telefon, poza szybkim dostępem do Internetu - HSDPA nie różni się zasadniczo od poprzedniego modelu. Wprawdzie w telefonie pojawił się moduł GPS, poprawiono także współpracę z aplikacjami Microsoftu, zwłaszcza Microsoft Exchange, ale iPhone wciąż nie potrafi wysyłać MMS-ów, nie nagrywa obrazu wideo czy posiada dość lichy w porównaniu z konkurencją aparat fotograficzny. Oczywiście wady i zalety tego telefonu można by wymieniać jeszcze długo, ale i tak nie mają one wpływu na postawę zarówno entuzjastów, jak i zagorzałych przeciwników.  Ci pierwsi rozpływają się w zachwytach nad nowym dzieckiem Jobsa, drudzy pastwią się, nie zostawiając na nim suchej nitki. W tym sporze trudno stanąć po stronie którejś ze stron, bowiem  produkt Apple nie stanowi przełomu na rynku telefonii komórkowej. Z kolei brak  mało istotnych funkcji, które z lubością wyliczają przeciwnicy telefonu,  nie deprecjonuje urządzenia. Poza tym krytycy zapominają dodać, że użytkownicy telefonu mogą skorzystać z licznych, często darmowych aplikacji, zwiększających jego funkcjonalność.  iPhonemania ogarnęła również media.  O analizę wad i zalet nowego  iPhone'a pokusił się między innymi dziennikarz, który zasłynął głównie jako juror programu Idol. Jego zdaniem jednym z największych minusów urządzenia jest zbyt mała pamięć. Zarzut byłby jak najbardziej trafny, ale gdyby dotyczył Maca, Iphone'a już niekoniecznie. Być może pomyliły mu się urządzenia. Natomiast analitycy przygotowali wyliczenia dotyczące strat, jakie poniosą rodzimi operatorzy, którzy nie wprowadzą do swojej oferty nowego telefonu Apple. Zabawa trwa zatem na całego, a Jobs liczy pieniądze wpadające do kieszeni. I jak tutaj się nie zgodzić z Benjaminem Barberem, który uważa, że kupujemy dokładnie te towary, które producent chce nam sprzedać, przy okazji wierząc, że bardzo ich pożądamy.  

 
 
 
 

Nie będę tęsknił za Tele2


Pogłoski o planach przejęcia filii Tele2 w Polsce przez któregoś z operatorów pojawiały się od kilku miesięcy. Dlatego oficjalny komunikat Netii o nabyciu 100 procent udziałów Tele2 Polska nie zaskoczył osób związanych z  branżą telekomunikacyjną. Zresztą Szwedzi wcześniej wycofali się z kilku rynków europejskich między innymi Francji, Czech czy z Belgii. W Polsce ostatnimi czasy nie odnosili oszałamiających sukcesów, a na rynku broadbandu ponieśli dotkliwą porażkę. Pewną niespodzianką może być cena, za którą Netia kupiła Tele2. Analitycy szacowali wartość polskiej filii Tele2 na 300 milionów złotych, Netia zapłaciła niemal trzykrotnie mniej (105,8 mln złotych). Paweł Puchalski, analityk domu maklerskiego BZ WBK, przyznał na łamach Rzeczpospolitej, że transakcja jest korzystna dla Netii ze względu na dobrą cenę. Z drugiej jednak strony wyraził obawę, że nowa sytuacja przyczyni się do zmniejszenia nacisku konkurencyjnego na TP, jaki wywierają alternatywne telekomy. W pewnej części są to niepokoje uzasadnione, bowiem  do tej pory właśnie Tele2 najbardziej uprzykrzało życie "Tepsie". Niewykluczone, że po zniknięciu Szwedów operator zasiedziały zyska nieco więcej swobody, ale sielanka nie potrwa zbyt długo. Pałeczkę od  Tele2 przejmie  Netia, znacznie silniejsza po połknięciu najgroźniejszego konkurenta. Pozostaje mieć nadzieje, że pod rządami nowego prezesa uaktywni się również Telefonia Dialog, sprawiająca od pewnego czasu wrażenie zagubionego gracza. Nie można również lekceważyć kablówek, które na koniec 2007 roku miały blisko 400 tysięcy abonentów telefonii stacjonarnej i ponad 800 tysięcy szerokiego pasma. Dlatego chyba nie warto płakać po Tele2, tym bardziej, że niektóre działania  operatora nie przysporzyły mu zbytniej chwały. Szwedzki telekom kojarzyć mi się będzie głównie z z uciążliwymi domokrążcami. Tele2 zasłynęło także z wprowadzenia niezrozumiałych dla większości abonentów procedur zawierania umów przez telefon, prowadzących do składania niezamierzonych oświadczeń woli. Wiele do życzenia pozostawiał sposób rozpatrywania reklamacji przez operatora,  w sieci można znaleźć niemal już kultowe zapisy rozmów konsultantów Tele2 z klientami. Chluby specom do wizerunku nie przyniosło kopiowanie pomysłów konkurencji - darmowy Internet.
Ale pomimo kontrowersyjnych poczynań  Tele2 odegrało również pozytywną rolę na polskim rynku, bowiem był to pierwszy alternatywny operator, który wyruszył na wojnę z  TP.

 
 
 
 

Ciężki żywot MVNO


Dziś do walki włącza się kolejny MVNO -  Cyfrowy Polsat. Prawdopodobnie wydarzenie to umknie uwadze, zwłaszcza w kontekście informacji o przejęciu Tele2 przez Netię. Zresztą debiuty wirtualnych operatorów mało kogo dziś  ekscytują. Tym bardziej, że w kolejce czeka ponad 340 podmiotów gospodarczych zarejestrowanych jako MVNO. Zdecydowana większość nigdy nie rozpocznie działalności, jeszcze inni szybko przekonają się, że sprzedaż usług telefonii mobilnej przerasta ich możliwości i po cichu wycofają się z biznesu, a tylko nieliczni odniosą sukces. Niewykluczone, że w gronie szczęśliwców znajdzie się dzisiejszy debiutant, pod warunkiem, że nie będzie działał tak nieporadnie jak  WPMobi, myAVON  czy mBank mobile. Wymieniona trójka uzbierała w ubiegłym roku niewiele ponad 50 tysięcy klientów,  o 720 tysięcy mniej niż Polska Telefonia Cyfrowa, która notabene uzyskała najgorszy wynik ze wszystkich operatorów infrastrukturalnych. Co niektórzy wyciągnęli wnioski z błędów popełnionych przez swoich poprzedników. Chyba najlepszym przykładem jest marka prawdziwych facetów Mobilking. Pomimo tego, że  kampania reklamowa nowego operatora była niesmaczna i prymitywna, to jednak osiągnął on zamierzony cel, jakim był medialny rozgłos. W trzy miesiące od wejścia na rynek pozyskał 45 tysięcy prawdziwych mężczyzn, niewiele jak na kraj, który liczy ponad 15, 6 miliona osobników płci brzydkiej powyżej 15 roku życia. Ale jeśli porównać wynik z osiągnięciami WPMobi, myAVON  czy mBank mobile to budzi on uznanie. Operator zamierza zdobyć do końca roku 200 tysięcy klientów, a  tym co może cieszyć jest fakt, że nieco przedefiniował pojęcie prawdziwych mężczyzn. To nie tylko ci, którzy zbierają fotki z roznegliżowanymi paniami, ale również pasjonują się sportem,  stąd objęcie sponsoringiem Speedway Ekstraligi Żużlowej. Choć dla Warszawiaków żużel to dyscyplina egzotyczna, to jednak w takich miastach jak Toruń, Częstochowa, Tarnów, Zielona Góra  czy  Rzeszów cieszy się większą popularnością aniżeli piłka nożna i jestem bezsprzecznie numerem jeden. Innym wirtualnym graczem, który może pokusić się o przyzwoity wyniki jest Mova - marka sieci handlowej Carrefour.  W tym przypadku nie mamy do czynienia z szokującymi reklamami, lecz przemyślaną nazwą, która dobrze współgra ze sloganem  "Ułatwia kontakt".  Carrefour za każde 10 PLN wydane na zakupy daje  klientom 1 minutę na rozmowy. Wiele wskazuje na to, że Francuzi powtórzą sukces sieci supermarketów Tesco czy Aldi czy McDonald's, które sprawdziły się w roli MVNO.  Według nieoficjalnych informacji z Movy, która wystartowała w pierwszej połowie kwietnia,  korzysta już około 50 tysięcy Polaków.  Kilkanaście  dni przed Cyfrowym Polsatem usługi telefonii komórkowej wprowadziła do swojej oferty telewizja kablowa Aster. To pierwszy w naszym kraju MVNO świadczący usługi abonamentowe. Warto zaznaczyć, że do końca ubiegłego roku kablówka pozyskała 50 tysięcy abonentów telefonii stacjonarnej. Dlaczego nie miałaby uzyskać  lepszego wyniku na rynku telefonii mobilnej? Nowa usługa ma być  dopełnieniem dotychczasowej oferty: telewizji kablowej, szerokopasmowego dostępu do internetu i telefonii stacjonarnej.  Podobne cele ma Cyfrowy Polsat, o czym wspominał na łamach Świata Telekomunikacji, prezes firmy Dominik Libicki. Różnica jest na razie taka, że Polsat ma  w swoim portfolio tylko telewizję i komórki.  Atutem nowego gracza na rynku mobilnej telefonii  jest silna marka. Poza tym Cyfrowy Polsat serwuje swoim klientom liczne udogodnienia, np. aktywny numer telefonu można utrzymać bez regularnych doładowań, a użytkownik co miesiąc otrzymuje 15 krótkich rozmów za darmo. Na świecie działa około 400 wirtualnych operatorów, którzy pozyskali dotychczas blisko 120 milionów użytkowników, czyli około 3 procent wszystkich klientów sieci mobilnych. Choć w Wielkiej Brytanii z  usług MVNO korzysta 13 procent klientów sieci komórkowych. W Polsce udział MVNO w rynku jest jak na razie śladowy, niemniej Urząd Komunikacji Elektronicznej szacuje, że na koniec 2010 osiągnie on 10 procent wartości rynku i od 10 do 15 procent  liczby abonentów.

 

 
 
 
 

Do diabła z takim klientem


- Jakie telefony najbardziej Pana interesują - zapytała  telemarketerka.  - Smartfony - odpowiedziałem.  - Niestety nie  mamy takich modeli -  usłyszałem w słuchawce. Moja dwuletnia umowa powoli się kończy, stąd operator przypomniał sobie o mojej skromnej osobie. Warto byłoby skorzystać z okazji.  Niemniej najpierw musiałem  wytłumaczyć Pani czym jest smartfon. Zrobiłem to na tyle skutecznie, że smartfony się znalazły. Wprawdzie oferta nie rzuciła mnie na kolana, ale coś dla siebie wybrałem. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że nie oczekiwałam od operatora telefonu wyłącznie za 1 PLN, o czym wspomniałem mojej rozmówczyni. Pani od smartfonów zadzwoniła zgodnie z umową na drugi dzień  - Czy wybrał Pan jakiś telefonik  dla siebie - zapytała. Podałem model z listy przedstawionej poprzedniego dnia przez telemarketerkę. - Przykro mi tego telefonu akurat nie mamy, a może Nokia E51 - odpowiedziała. To dobry telefon, aczkolwiek bardziej odpowiadałby mi aparat z większym wyświetlaczem, dlatego podziękowałem. W końcu udałem się do salonu firmowego operatora. Przedstawiłem swoje oczekiwania dotyczące telefonu, nie używając na wszelki wypadek nazwy smartfon. Po czym handlowiec przyniósł mi Nokię E51, Nokię N95 8GB, zresztą w wyjątkowo nieatrakcyjnej cenie,  i   jeden z modeli  Sony Ericssona, którego funkcjonalność nijak miała się do przedstawionych przeze mnie wymagań. Odszedłem z kwitkiem. Postanowiłem zatem odwiedzić konkurentów. I dwóch  operatorów mile mnie  zaskoczyło. Z jednej strony stosunkowo bogatą ofertą terminali, a z drugiej profesjonalizmem handlowców, którzy bez trudu potrafili zaoferować telefony spełniające moje oczekiwanie.  Przy okazji bliżej przyjrzałem się cenom osławionej Nokii E51 i poczułem się "nabity w butelkę". Mój operator zaoferował mi ten telefon za 99 PLN  w abonamencie firmowym. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że  jestem abonentem tej sieci już od sześciu lat, a na dodatek mam jeszcze drugi abonament. Byłaby to przyzwoita cena, ale jeśli porównać ją z ofertą innych operatorów, którzy oferują ten telefon dla nowych klientów w identycznej lub nawet niższej cenie, a na dodatek przy podobnym abonamencie, można poczuć dyskomfort. Niewiele  lepiej sytuacja przedstawiała się  w przypadku innych subsydiowanych smartfonów. Mój operator był gotów dopłacić do porządnego aparatu około 400 PLN, a dwaj jego konkurenci  dwa razy więcej. Z pewnością przeszedłbym obok tego obojętnie, gdyby nie puste marketingowe formułki typu "specjalna oferta dla stałych klientów". Usługodawca potraktował mnie niczym półgłówka, który nie jest w stanie sprawdzić cen w Internecie lub odnaleźć salonów sprzedaży konkurentów. Owszem klasyczna teoria marketingu skupiała się  na sztuce pozyskiwaniu nowych klientów. Ale już dość dawno udowodniono, że to tylko połowa sukcesu. Prawdziwą sztuką jest zatrzymać klientów, tym bardziej, że koszty pozyskania nowego, mogą być nawet pięciokrotnie wyższe od kosztów usatysfakcjonowania klienta już posiadanego. Z drugiej strony jestem w stanie  zrozumieć strategię operatora, lekceważącego swoich usługobiorców. Jeszcze do niedawna klienci właściwie nie za bardzo mieli gdzie odchodzić, a poza tym przez długi czas nie było możliwości przenoszenia numeru. Trójka graczy podzieliła między sobą równomiernie rynek, nie robiąc sobie krzywdy. Ale pojawienie się w ubiegłym roku nowego operatora przerwało sielankę. Niestety nie do wszystkich to chyba jeszcze dotarło. Warto się obudzić, bowiem nadchodzą następni.

 

 
 
 
 

Skastomizowany spicz


Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji poświęconej mobilnym usługom szerokopasmowym. Wśród wielu prelegentów znalazł się między innymi Klaus Hartmann, prezes Polskiej Telefonii Cyfrowej. Przysłuchiwałem się jego wystąpieniu z dużą uwagą. Po pierwsze warto posłuchać co ma do powiedzenia osoba zarządzająca jednym z największym operatorów mobilnych w Polsce. Z drugiej strony Klaus Hartmann wygłosił swoje przemówienie w języku polskim. I choć postanowił się zmierzyć z takimi słowami jak np. "częstotliwości", to egzamin z języka polskiego zdał pozytywnie, za co zebrał burzę braw. Z kolei wielu rodzimych menedżerów wychodzi z zupełnie innego założenia, im więcej anglojęzycznych zwrotów czy słów pojawi się w trakcie prezentacji, tym lepiej oceni ją zgromadzona gawiedź. I nie mam tutaj na myśli terminów związanych z technologią, takich jak WiMAX, LTE czy HSDPA, bo tworzenie dla nich polskojęzycznych odpowiedników byłoby nieporozumieniem, takim samym zresztą jakim jest nagminne wprowadzanie  anglojęzycznych kalek. I tak  żaden szanujący menedżer nie używa słowa "dochód" lecz "revenue", ze słownika korporacyjnego znika także powoli "użytkownik", "user" brzmi znacznie lepiej, "przyjazny" czy "łatwy w obsłudze" to określenia archaiczne,  które szybko zastępuje "friendly", a "przypadek" został wyparty przez "case".  Gdyby miał wybrać swój numer jeden na liście korporacyjnych słów potworków bez wahania wskazałbym na "skastomizowany". Ale  już niedługo zapewne ustąpi on miejsca innej, jeszcze bardziej  koszmarnej  kalce. Kreatywność korporacyjnych menedżerów nie zna bowiem tutaj żadnych  granic. Nie inaczej dzieje się w przypadku ofert czy usług, kierowanych bądź co bądź do polskiego klienta. Aby daleko nie szukać wystarczy przyjrzeć się usługom bezprzewodowego dostępu do Internetu. Orange oferuje swoim klientom usługę o swojsko brzmiącej nazwie "Business Everywhere", a  Polska Telefonia Cyfrowa  "Blueconnect". Co ciekawe, amerykańska Polonia czy wracający z zarobkowej emigracji rodacy często stają się  przedmiotem wielu żartów z racji anglojęzycznych zapożyczeń, które wprowadzają do ojczystego języka. Z menedżerów śmiać się jednak nie wypada. Choć  dla mnie "daj mi lajta", "złapać fleta" czy "sczardżować"  brzmi  tak samo śmieszne i głupio jak "nasze rewenju szybko rośnie", "skastomizowany produkt" czy "końcowy juser".

 
 
 
 

Dzieciaki na infostradzie


Donald Tusk chce rozdać wszystkim gimnazjalistom laptopy wraz z dostępem do Internetu. Zapowiedź ma ziścić się już na początku roku szkolnego 2010/11. To bardzo dobra wiadomość i to nie tylko dla uczniów, ale dla całej branży telekomunikacyjnej.  Za dwa lata zniknie problem ostatniej mili, bowiem dostęp do szerokiego pasma będą mieli również uczniowie z małych miasteczek i wsi. Osobiście dodałbym do tego pakietu jeszcze jeden element -  kursy dla nauczycieli, które pozwoliłby przyswoić pedagogom wiedzę na temat nowych technologii. To poważny problem, a dystans jaki dzieli ich od nastolatków niebezpiecznie się powiększa. Nie chcę obrażać nauczycieli, sam zresztą jestem dzieckiem nauczycielskim, ale to co obserwuje w ostatnim czasie budzi mój niepokój. Jeśli ktoś nie powstrzyma nieprzemyślanych działań nastolatków w Internecie, a przy okazji nie ukaże przykładnie autorów pseudodowcipów, to już wkrótce będziemy mieli sporo kłopotów. Znam gimnazja, w których na lekcjach informatyki uczniowie korzystają z Internetu, wiem również jakie strony odwiedzają, nawet pomimo stosowanych filtrów. Niedawno poznałem historię 14 letniego gimnazjalisty i przyznam się szczerze, że kiedy słuchałem opowieści jego matki, włos jeżył mi się na głowie. Dzieciaki  z klasy założyły chłopakowi, oczywiście bez jego zgody,  stronę na jednym z portali społecznościowych. Oprócz zdjęć chłopaka pojawiło się tam kilka niewybrednych epitetów, ale jeden był wyjątkowo ohydny - "zjebie genetyczny", tym bardziej, że dziecko ma orzeczoną niepełnosprawność i  uczęszcza do klasy integracyjnej.  Chłopak w ciągu dwóch miesięcy zmienił się diametralnie -  stał się agresywny, zamknięty, zaczął przynosić ze szkoły złe stopnie. Co gorsza, nie powiedział o całym zdarzeniu rodzicom, z jednej strony ze wstydu, a  drugiej bał się reakcji twórców witryny, którzy zakazali mu informować kogokolwiek o istnieniu strony. Zaniepokojona matka odesłała młodego człowieka do poradni psychologicznej. I tam dzięki fachowej opiece psychologa dziecko w końcu się otworzyło i opowiedziało o wszystkim. Rodzice zwrócili się do szkoły z prośbą o interwencję. Postawa wychowawcy, a także dyrektora gimnazjum była kuriozalna. Wychowawczyni, nie sprawdzając nawet zawartości strony, bo jak tłumaczyła później  rodzicom, nie wiedziała jak na nią wejść, przedstawiła sprawę na forum klasy. Oczywiście nie było winnych. Dopiero kiedy nauczycielka przyszła do domu, poprosiła  syna o pomoc w znalezieniu strony, ale tej już oczywiście nie było. Nie ma strony, nie ma sprawy -  tak podsumowała zdarzenie nauczycielka. Jeszcze ciekawsza była reakcja pani dyrektor, która stwierdziła, że całe zdarzenie wzmocni chłopaka. Ciekawe jaka byłaby reakcja dyrektora gimnazjum, gdyby ktoś dla dowcipu założył jej witrynę, informującą o tym, że na przykład świadczy usługi erotyczne. Czy przeszłaby obok tego obojętnie?   Na  ile taka witryna wzmocniłaby jej psychikę?  Przypadek 14 letniego chłopaka nie jest odosobniony. Jak wynika z badań zleconych przez fundację Dzieci Niczyje  52 procent internautów w wieku 12-17 lat przyznaje, że za pośrednictwem Internetu lub telefonu komórkowego doświadczyło przemocy werbalnej - wulgarnego wyzywania 47 procent, poniżania, ośmieszania i upokarzania 21 procent, a nawet straszenia i szantażowania 16 procent. Dlatego apeluję do decydentów, zróbcie coś, zanim dzieciaki porozbijają się na infostradach. I nie czekajcie na ofiary.

 
 
 
 

Orange żegna ekstraklasę


Orange wycofał się ze sponsorowania piłkarskiej ekstraklasy. Prezes Grażyna Piotrowska-Oliwa może odetchnąć z ulgą, wreszcie udało się pozbyć zbędnego balastu. W lutym 2005, kiedy to operator rozpoczynał swoją przygodę z polską piłką, co niektórzy  uśmiechali się z przekąsem, że to całkiem dobry alians, bowiem operator jest niemal tak samo kiepski jak liga. Ale dziś takie porównanie byłoby  niesprawiedliwe dla jednej ze stron, bo o ile Orange w ciągu ostatnich trzech lat może pochwalić się sukcesami, o tyle nasza ekstraklasa już nie. W zestawieniu IFFH, prezentującym piłkarskie ligi z całego świata, Orange Ekstraklasa zajęła 53 miejsce. Od 1997 roku żadnej z naszych drużyn nie udało się dostać do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Średnio na mecze polskiej ligi przychodzi  7 tysięcy, niemieckiej ponad 37 tysięcy, a najsilniejszej na świecie angielskiej 34 tysiące.  Ekstraklasa Orange to produkt marnej jakości. A różnica pomiędzy oglądaniem rodzimej ekstraklasy a Premiership jest mniej więcej taka jak pomiędzy robieniem zakupów na stadionie  X-lecia a Oxford Street. Z jednej strony mamy tandetę wyłożoną na straganach, a z drugiej markowe produkty w eleganckich, przestronnych salonach. Nieco inaczej podeszli do sponsoringu konkurenci PTK Centertel. Polkomtel SA sponsoruje produkt z najwyżej półki, jakim jest bez wątpienia ekstraklasa siatkówki mężczyzn. I choć na mecze ligi siatkówki przychodzi mniej widzów niż na piłkę nożną, to jednak jest ona uważana za jedną z najsilniejszych w Europie. A zatrudnienie w niej znajdują między innymi reprezentanci Niemiec, Finlandii, Hiszpanii czy Francji. Ilość nie zawsze idzie w parzę jakością, a rolą sponsoringu jest przede wszystkim kreowanie wizerunku. Co chyba lepiej zrozumiał Plus. W ciągu ostatnich trzech lat PTK Centertel przeznaczył na kontrakt sponsorski około 30 milionów złotych. Operator przedłożył spółce Ekstraklasa SA propozycję dalszej współpracy, ale  ta została odrzucona. Według nieoficjalnych  wiadomości spółka Ekstraklasa SA oczekiwała od tytularnego sponsora ligi około 60 milionów złotych, czyli dwa razy więcej niż płacił dotychczas operator.  To trochę  tak jak gdyby mierny pracownik o wątpliwej reputacji, zagroził szefowi, że odejdzie, jeśli nie dostanie podwyżki. PTK Centertel zamierza wykorzystać zarezerwowane na sponsoring środki na inne cele, prawdopodobnie na promocję marki Orange.  Ekstraklasa SA szuka sponsora, a niektórzy podpowiadają, że najlepszym kandydatem byłyby zakłady fryzjerskie.

 
 
 
 

Nad Wisłą zwycięża tradycja


Analitycy dawno postawili krzyżyk na tradycyjnej telefonii. Pod koniec ubiegłego wieku pojawiały się prognozy, zapowiadające zmierzch klasycznych PBX-ów. Gdyby im wierzyć, to dziś jedynym miejscem dla popularnych centralek abonenckich byłoby muzeum techniki. Sukces VoIP odtrąbiono chyba za szybko. W  Polsce technologia ta wciąż pozostaje w  niszy. Owszem docierają do nas marketingowe formułki : "sprzedaż szybko rośnie", "odnotowujemy wzrost zainteresowania", "kilkuset procentowy wzrost w skali roku", "rosnący popyt". Niestety nośnym zwrotom z reguły nie towarzyszą konkretne dane, trudno zatem brać tego typu wypowiedzi na serio. Ale nie powinniśmy wpadać w kompleksy i rozpaczać, że śmieje się z nas cała Europa. Aby poprawić nastrój wystarczy przyjrzeć się wynikom ostatniego raportu firmy Canalys Research dotyczącego sprzedaży systemów telekomunikacyjnych dla przedsiębiorstw w regionie EMEA (Europa, Afryka, Bliski Wschód). W 2007 roku co czwarty sprzedawany na rynku EMEA port był linią IP. Jak na razie z tego typu rozwiązań korzystają głównie duże firmy. Autorzy raportu przyznają, że ewolucja IP postępuje znacznie wolniej niż przewidywali analitycy. A jedną z przyczyn  takiego stanu rzeczy jest niewielki popyt na systemy IP PBX ze strony małych firm. Wynika to z ich wrażliwości cenowej, a także dodatkowych wydatków, jakie muszą ponieść w związku z wdrożeniem nowej technologii. W regionie EMEA palma pierwszeństwa przypadła Siemensowi i Alcatel Lucent. Jednak próżno byłoby  szukać tych firm w pierwszej trójce producentów sprzedających najwięcej linii w Polsce. Nad Wisłą królują dwie rodzime marki Platan oraz Slican, a także Panasonic Polska. Okazuje się, że krajowi producenci potrafią konkurować z najlepszymi. Światowi giganci często z lekceważeniem spoglądają na mniejszych graczy, przepowiadając im rychły koniec. Szkoda tylko, że niektórzy zagraniczni vendorzy chowają głęboko w szufladach wyniki dotyczące sprzedaży na polskim rynku. Gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, że tego typu praktyki są obce obu wymienionym wcześniej liderom rynku EMEA. W ubiegłym roku liczba sprzedanych w Polsce portów IP nie osiągnęła  nawet 10 procent rynku. A firmy, mogące się pochwalić największą liczbą sprzedanych linii, zawdzięczają swoje pozycje  tradycyjnym rozwiązaniom PBX. Dlaczego polskie firmy nie sięgają po IP PBX? Po pierwsze małych i średnich firm nie stać na zakup tego typu rozwiązań, co zresztą jest charakterystyczną cechą dla całego regionu EMEA.. Innym powodem jest racjonalne myślenie rodzimych przedsiębiorców. Jak bowiem w pełni wykorzystać zalety nowoczesnego IP PBX w krajowej  infrastrukturze telekomunikacyjnej?  To trochę tak jakby poruszać się Ferrari po naszych dziurawych drogach. Niestety  brakuje nam nie tylko autostrad, ale również infostrad.  Tymi pierwszymi interesuje się przynajmniej rząd, drugimi prawie nikt.  Niewiele lepiej sytuacja przedstawia się wśród odbiorców domowych. Tutaj nie doczekaliśmy się spójnej, całościowej  koncepcji badań rodzimego rynku VoIP.  Trudno bowiem oceniać go na podstawie liczby pobrań komunikatora głosowego ze strony www. Dlatego jak na razie należy zaufać pracowniom badawczym takim jak TNS OBOP czy  CBM Indicator. Kiedy obie firmy po raz pierwszy opublikowały wyniki badań, z których wynikało, że Polacy mają co najmniej mgliste pojęcie o VoIP, natychmiast odezwały się głosy, dezawuujące ich wartość. Oponenci zwracali uwagę na fakt, że Polacy mogą korzystać z VoIP, choć nie mają o tym zielonego pojęcia. CBM Indicator zdecydował więc zapytać wprost polskich internautów, czy korzystają z komunikatorów głosowych takich jak Skype czy Tlenofon. Okazało się, że 72 procent internautów nie korzysta z tej formy komunikacji. To wynik lepszy, aniżeli ten uzyskany przez  TNS OBOP, gdzie tylko 6 procent respondentów ma świadomość czym jest VoIP i zdarzyło się im z niego korzystać. Niemniej wykorzystanie komunikatorów głosowych wypada dość blado w porównaniu z tekstowymi, których według danych CBM Indicator  używa 55 procent internautów.  Na rozkwit VoIP przyjdzie nam zatem jeszcze trochę poczekać i radzę nie pozbywać się zbyt szybko  tradycyjnych centralek telefonicznych czy telefonów. Mogą się przydać.

 
 
 
 

Mobilni mają kłopoty


Jestem szczęśliwym posiadaczem dwóch abonamentów w jednej z sieci komórkowych, ale  mój operator próbuje wcisnąć mi kolejny. Już teraz mam kłopot z wykorzystaniem dostępnych minut, bowiem nie jestem zbyt gadatliwym osobnikiem. Co gorsza, nie należę do pokolenia kciuka, w związku z tym nie wysyłam miesięcznie setek SMS-ów. Ale marketingowcy są innego zdania. Uważają, że przydałby mi się również nowy telefon. Oczywiście oddadzą go za  symboliczną złotówkę, niemniej muszę podpisać 24 miesięczną umowę.  Miła pani z telemarketingu dzwoni co kilka dni, proponując "wypasione" komórki w rewelacyjnej cenie - 1 PLN. Szkoda, że to nie rynkowe hity tylko przestarzałe modele zalegające magazyny. W końcu oddycham z ulgą, kiedy pani od super telefonów składa broń, chyba zmęczona moją kolejną odmową. Ale nie mam złudzeń, że niebawem znów zadzwoni. Tym razem podsunie mi mobilny dostęp do Internetu z prędkością 7,2 Mbit/s. Niestety okaże się, że prędkość reklamowana na billboardzie to kit, a realne wartości oscylują w najlepszym przypadku wokół 2 Mbit/s. Operatorzy mobilni nacierają coraz mocniej, zresztą trudno im się dziwić, poziom penetracji telefonii komórkowej w Polsce przekroczył 110 procent. Agresywny marketing i sztuczki na pograniczu fair play pomogą  nieco dźwignąć do góry słupki sprzedaży, tylko co dalej? Co gorsza, zabawę operatorom zamierza popsuć  UKE,  Viviane Reding ostro tnie ceny roamingu, a do gry niebawem włączą się nowi gracze. Mobilni nie spodziewali się, że tak szybko dotknie ich problem, z którym już od dłuższego czasu borykają się ich stacjonarni koledzy, a mianowicie spadające przychody z połączeń głosowych. Okazuje się, że HSDPA, która miała zapewnić wzrost przychodów z transmisji danych, nie jest w stanie konkurować z przewodowymi technologiami dostępu. - Nie spotkałem jeszcze osoby z branży, czy wizjonerów, którzy potwierdziliby tezę, że dostęp radiowy wygra - mówi  Maciej Witucki. I w tym wypadku trudno z prezesem TP polemizować. Jak na razie szybki, mobilny Internet sprawdza się wyłącznie przy biurku w dużym mieście. Choć i tutaj użytkowników czekają niemiłe niespodzianki, jak na przykład prędkość pobierania danych na poziomie 300 kbit/s. Zbawienie komórkowcom ma przynieść technologia LTE, oferująca prędkość powyżej 100 Mbit/s. Według optymistycznych prognoz wdrożenie komercyjnych usług LTE w sieciach Verizon i NTT DoCoMo nastąpi w latach 2009-2010. Jednak co niektórzy studzą zapał orędowników nowej technologii . Zdaniem profesora Zbigniewa Kądzielskiego dyrektora generalnego Instytutu Łączności, LTE zaistnieje na szerszą skalę dopiero za kilka lat.
Nie mniej nośnym tematem niż LTE jest telewizja komórkowa.  Ale tutaj chyba tylko niepoprawni optymiści wierzą w sukces przedsięwzięcia. Jak do tej pory komercyjnym sukcesem na tym polu mogą się pochwalić jedynie Włosi. Do mobilnej telewizji mieszkańców Półwyspu Apenińskiego przyciągnęła  Serie A. To bardzo zła wiadomość dla polskich operatorów. Bo komu chciałoby się  oglądać, na dodatek  w telefonie komórkowym, mecz Polonii Bytom z Jagiellonią Białystok.  Poza tym Maciej Witucki zagroził, że jeśli UKE nie zmieni swojej strategii to operator nie zamierza subsydiować terminali umożliwiających odbiór mobilnej telewizji. Zresztą nowa strategia UKE to ciężki cios dla mobilnych, o czym świadczą ich  reakcje. O ile komentarz prezesa TP dotyczący nowych pomysłów Anny Streżyńskiej i jej ekipy był raczej spokojny, o tyle prezes PTK Centertel Grażyna Piotrowska Oliwa nie zostawiła na UKE suchej nitki. - Jedną z największych barier w rozwoju infrastruktury jest nieprzewidywalność  regulatora i promowanie konkurencji na istniejącej infrastrukturze, czyli  polityka Janosika. Zabrać jednym a dać innym, według mnie to polityka wbrew  rozsądkowi biznesowemu i wbrew jakimkolwiek regulacjom europejskim - powiedziała podczas tegorocznego Sympozjum Świata Telekomunikacji.
Popłoch wśród operatorów wywołała przede wszystkim zapowiedź obniżenia średnich stawek MTR (ang. Mobile Termination Rate, opłata za zestawienie rozmowy do użytkownika sieci komórkowej, pobierana przez jego operatora komórkowego). Na koniec 2010 roku stawka ta ma wynosić 15 groszy, choć Anna Streżyńska nie wyklucza jeszcze niższych opłat. Warto zaznaczyć, że średnia stawka MTR w UE wynosi 9,67 eurocenta, natomiast w Polsce 40 groszy, czyli około 12 eurocentów. Czy wojna, którą wypowiedział operatorom komórkowym regulator zmieni krajobraz na rynku? Jeśli przyjrzeć się temu co wydarzyło się w ostatnich dwóch latach na rynku broadbandu, należy sądzić, że tak. I my konsumenci powinniśmy się z tego cieszyć, nawet jeśli operatorzy nie będą subsydiować terminali do oglądania mobilnej telewizji.

 
 
 
 

Nowe media, stare problemy


Nowy wiek przyniósł duże zmiany na rynku mediów. Ale to dopiero przedsmak, tego co czeka nas w najbliższych latach. Wszystko wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości palmę pierwszeństwa na rynku mediów przejmie Internet. Już dziś wielu młodych ludzi spędza więcej czasu na portalach społecznościowych aniżeli przed telewizorem. Znamienny jest przykład czeskiego zespołu Banjo Band, wykonawców Josina z Bazin. Okazało się, że aby wypromować przebój, nie trzeba angażować wszelkiej maści menedżerów i nie puszczać piosenki od rana do wieczora w najpopularniejszych stacjach radiowych. Józka z bagien odkrył i wykreował  przecież You Tube. Nowe media to także nowe rozdanie kart. Do stolika dosiadają się młodzi gracze, wyciągając asy z rękawa. Najmłodszym miliarderem na świecie jest zaledwie 23-letni Mark Zuckerberg, autor portalu Facebook,. Jego fortunę szacuje się na 1,5 miliarda dolarów. Na naszym rodzimym podwórku gwiazdą ostatnich miesięcy jest Maciej Popowicz, twórca portalu Nasza-klasa.pl, będącego klonem amerykańskiego serwisu Classmates.com. Nie przeszkodziło to jednak Popowiczowi niemal w mgnieniu oka zostać milionerem. Czy młodzi, gniewni zawładną Internetem? Tutaj nie ma  reguły. Z jednej strony mamy bowiem przykład Google czy wspomnianego wcześniej Facebooka. Ale Jack Ma, właściciel najpopularniejszej platformy handlowej w Azji - Alibaba, liczy sobie  44 lata, zatem trudno go zaliczyć do młodej gwardii.  W Chinach do Alibaba Group należy wyszukiwarka Yahoo, system płatności online Alipay oraz Taobao.com - chiński odpowiednik Ebay. Z pewnością bardziej niż metryka liczy się inwencja. Niestety tej ostatniej najwyraźniej brakuje wielu rodzimym politykom, którzy  jak zauważa, na łamach magazynu Świat Telekomunikacji, Anna Streżyńska wciąż tkwią w archiwum intelektualnym. Nie wiadomo jak ich wyprowadzić. Co gorsza, problemów do  rozwiązania nie brakuje. Jednym z kluczowych pozostaje rozbudowa infrastruktury telekomunikacyjnej, bo bez niej korzystanie z nowych mediów będzie coraz trudniejsze. Jak do tej pory doczekaliśmy się jedynie ciekawego raportu Instytutu Łączności, który zwraca uwagę na konieczność stworzenia strategii rozbudowy infrastruktury. Wprawdzie pojawiają się zapowiedzi, że taka strategia jest przygotowywana przez ministerstwo infrastruktury. Ale kiedy ujrzy światło dzienne i co będzie zawierać, pozostaje zagadką. Choć nastała era nowych mediów, to politycy wciąż traktują je po staremu. Co bardziej naiwni wierzyli, że nowa ustawa medialna będzie dużym krokiem w kierunku integracji medialnych i telekomunikacyjnych systemów  regulacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że tak się nie stanie. Tradycyjnie ważniejszy był podział stanowisk i kompetencji aniżeli merytoryczne zmiany. Nie pozostaje zatem na tym nic innego, niż dalsze oczekiwanie na cud. W tym wypadku na You Tube nie ma co liczyć, bo ten jak na razie oprócz Józka z bagien, wykreował  Kononowicza.

 
 
 
 

Ostrożniej z tym Internetem


Internet w rękach polskich  polityków jest jak zapałki w rękach dziecka. Posługują się oni tym narzędziem komunikacji  bardzo nieporadnie. Jako pierwszy w sidła sieci wpadł Jarosław Kaczyński. Spin doktorzy chcieli ocieplić wizerunek byłego premiera w Internecie,  ale już pierwszy wywiad prezesa  PIS na partyjnym portalu zniweczył ich plany. Wśród tych, którzy bezlitośnie wypunktowali nieprzemyślaną wypowiedź Kaczyńskiego znaleźli się  platformersi. Tymczasem Platforma także wpadła w sieciową pułapkę, zamieszczając na partyjnej witrynie sondę na temat ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Autorom tego pomysłu wydawało się, że  internauci przygniatającą większością poprą stanowisko rządzącej koalicji. Ku zdziwieniu polityków Platformy większość respondentów była przeciwko ratyfikacji traktatu. Na pytanie, czy posłowie powinni ratyfikować traktat, kilka tysięcy głosujących odpowiedziało: "nie". Ale nagle wyniki się odwróciły i na "nie" było już tylko 900 osób, a za ratyfikacją - 5 tysięcy. Wreszcie sondę usunięto i zastąpił ją licznik poparcia. Filmik o zmieniających się niczym w  kalejdoskopie wynikach można obejrzeć na You Tube. Z kolei na stronie PO widnieje komunikat - "W związku z licznymi komentarzami dotyczącymi wyników sondażu nt. ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, oraz uzasadnionymi przesłankami wskazującymi na podejmowanie działań celowo zniekształcających wyniki sondy, zostaje ona zawieszona. Jej ponowne uruchomienie nastąpi po wprowadzeniu zabezpieczeń minimalizujących ryzyko ponownych manipulacji w przyszłości".
 Wiceszef klubu Platformy Obywatelskiej Grzegorz Dolniak, przyznał że przyczyną całego zamieszania była przebudowa strony internetowej. Z kolei  Paweł Graś, poseł PO, tłumaczył, że stronę zaatakowali hakerzy.
Większość  internautów nie zostawiła suchej nitki na PO. "Czy moherowe berety mogą być hakerami? To niemożliwe" -  szydzili z wypowiedzi polityków. Jeszcze inni żartowali, że PO pracuje nad specjalnym filtrem, który dopuści  do głosowania młodych, wykształconych, opalonych i znających języki obce. Cała sytuacja budzi duży niesmak, ale pozostaje mieć nadzieje, że politycy wyciągną z tej lekcji wnioski.  Internet jest bronią obosieczną  i nie sprawdza się  w roli  tuby propagandowej tak dobrze, jak telewizja czy prasa.

 
 
 
 

Uderz w stół, a nożyce się odezwą


"Nie jestem entuzjastą tego, żeby młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota" - ocenił pomysł wyborów przez Internet Jarosław Kaczyński. Ta wypowiedź, a potem jeszcze spostrzeżenia byłego premiera z biblioteki UW wywołały lawinę. Na Kaczyńskiego rzucili się wszyscy, począwszy od przeciwników politycznych, internautów, aż po media. O ile ataki tych dwóch pierwszych grup mnie nie dziwią, o tyle niektóre poczynania dziennikarzy budzą mój niesmak. Nie mam zamiaru bronić prezesa PIS, bo od tego ma swoją przyboczną gwardię. Aczkolwiek warto spojrzeć na sam problem z innej perspektywy. I choć wiem, że  niektórzy szybko przykleją mi łatkę mohera, to jednak spróbuję. Nie mniej niż wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego zirytowała mnie relacja jednej ze stacji telewizyjnych. Reporter, biegający po bibliotece UW,  próbował za wszelką cenę udowodnić, że internauci brzydzą sie pornografią. Można zapytać skąd biorą się naiwniacy, którzy płacą horrendalne kwoty za domeny związane z seksem?  Firma inwestycyjna MXN wydała 9,5 milionów dolarów adres internetowy porn.com, inny przykład to sex.com, za którą zapłacono 11 milionów dolarów, czyli o 3,5 miliona więcej niż za business.com. Google w miesięcznych podsumowaniach najpopularniejszych haseł nie bierze pod uwagę takich słów jak "sex". Dlaczego? Bo na szczycie rankingu dominowałoby słownictwo związane z seksem. Niemniej takie zestawienia publikuje Onet, można je znaleźć na stronie http://boksy.onet.pl/ranking. Na pierwszych dwóch miejscach znajdują się hasła "filmy erotyczne" oraz "strony erotyczne". W zestawieniu można znaleźć wiele innych, pikantnych określeń, których oszczędzę czytelnikom. - Skoro sami tak robimy, to znaczy, że inni tak robią - skomentował wypowiedź Kaczyńskiego senator Misiak. Z kolei mi przychodzi na myśl inne znane powiedzenie - uderz w stół, a nożyce się odezwą. To prawda, że Jarosław Kaczyński porusza się w świecie polityki niczym słoń w składzie porcelany, przecież każdy rozsądnie myślący polityk nie zadzierałby z grupą, u której już i tak ma kiepskie notowania. Poza tym  wrzucanie wszystkich młodych internautów do jednego worka jest nadużyciem. Ale czy niezręczna wypowiedź polityka opozycji była na tyle istotna, aby uczynić ją przedmiotem ogólnopolskiej debaty w mediach? Zamiast rozmawiać o sprawach merytorycznych, rozkładano na czynniki pierwsze wypowiedzi Kaczyńskiego. A jeśli już dochodziło do dyskusji na temat e-votingu, były to najczęściej jałowe spory. Tak jak chociażby w programie "Kawa na ławę". Kiedy jeden z interlokutorów skierował dyskusje na niebezpieczne tory, wspominając o technicznych uwarunkowaniach głosowania przez Internet, spotkał się z szybką ripostą Stefana Niesiołowskiego. - To tylko kwestie techniczne - odpowiedział poseł PO. Rzeczywiście, to tylko kwestie techniczne. Aż prosi się, aby w tym miejscu przypomnieć historię podpisu elektronicznego. Ustawa o podpisie elektronicznym weszła w życie w 2002 roku i dawała urzędom czas do 16 sierpnia 2006 roku na wdrożenie obsługi e-podpisu w obiegu dokumentów pomiędzy urzędami a obywatelami. Terminu nie udało się dotrzymać, przesunięto go na 1 kwietnia 2008. I prawdopodobnie nie jest to żart. Zresztą niedługo przyjdzie się nam przekonać. Eksperci, ale nie ci od owadów, z większą ostrożnością wypowiadają się na temat e-votingu. Ich zdaniem największą barierą wdrożenia jest brak odpowiednich zabezpieczeń zapobiegających nadużyciom. Poza tym zapewnienie infrastruktury potrzebnej do wdrożenia głosowania elektronicznego wymaga sporych nakładów pieniężnych. Czy warto przeznaczać środki na ten cel, biorąc pod uwagę, że tylko 8,4 procent Polaków ma dostęp do szerokopasmowego Internetu, co daje nam przedostatnie miejsce w UE? A może jednak zacząć od początku i podjąć kroki zmierzające do poprawy tej niechlubnej pozycji, zapanować nad bałaganem jaki powstał wokół podpisu elektronicznego, stworzyć elektroniczny spis wyborców. Panowie, nie zaprzątajcie sobie głowy zdobywaniem ośmiotysięczników, tym bardziej, że nie potraficie wejść na Rysy.
 
 
 
 
 

« sierpień 2008
PnWtŚrCzPtSoN
    
1
2
3
4
5
6
7
8
10
11
12
13
14
15
16
17
18
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
       
Dziś

 
© admin