19 sie · Wt 2008
Reformatorzy kontra psuje
09 sie · So 2008
Nokia rules
23 lip · Śr 2008
Metamorfoza
Blisko miesiąc temu pisałem o moich zmaganiach z operatorem telefonii komórkowej, który w żaden sposób nie potrafił lub nie chciał nagrodzić mojej lojalności. Handlowcy od niechcenia oferowali kiepskie telefony w atrakcyjnych cenach bądź dobre modele w cenach niewiele różniących się od tych oferowanych przez sklepy internetowe. Subtelna różnica polegała jedynie na tym, że ze sklepem nie musiałem podpisywać dwuletniej umowy. Nie lepiej było z taryfami. Najbardziej zdolni sprzedawcy potrafili zaproponować z uśmiechem na twarz warunki gorsze aniżeli otrzymałbym wchodząc z ulicy do salonu któregokolwiek z konkurentów. Ale i tak nikt nie przebije młodej damy z salonu sprzedaży, która, kiedy zacząłem trochę wybrzydzać, zapytała czy chcę rozwiązać umowę na miejscu. To przelało czarę goryczy, postanowiłem przenieść numer do innego operatora. Tak też uczyniłem, ale zgodnie z regulaminem jeszcze przez 30 dni numer należał do mojego byłego usługodawcy. I nagle wszystko odmieniło się jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Pewnych siebie, uśmiechniętych luzaków zastąpili zatroskani odejściem klienta handlowcy. Otrzymałem SMS-y z prośbą o kontakt, a telemarketerzy kilkakrotnie przekonywali, że naprawdę warto zostać i jeszcze nic straconego, a złożony wniosek o przeniesienie numeru wcale nie oznacza naszego definitywnego rozstania. Dlaczego Pan rezygnuje z naszych usług, jesteśmy przecież razem już od sześciu lat? Co się stało? Dlaczego nie podoba się Panu nasza oferta? To tylko niektóre z pytań zadawanych przez telemarketerów. Ale tym razem za w ślad za słowami poszły czyny. Handlowcy potrafili znaleźć całkiem przyzwoity telefon za 1PLN oraz bardzo korzystny abonament. Zatem nie warto biegać po salonach, najlepiej złożyć wniosek o przeniesienie numeru do innej sieci i czekać na rozwój wypadków. Poza tym jak wytłumaczyli mi bardziej wtajemniczeni, handlowiec w salonie nie ma żadnego interesu, aby zatrzymać klienta, on walczy o nowych. Od czarnej roboty są telemarketerzy. I trzeba przyznać, że wykonują ją całkiem nieźle. Ale nie zawsze można naprawić to co popsują ich koledzy w salonach.
17 lip · Cz 2008
iPhonemania. Część druga
Miłe dla oka produkty pracują lepiej - słowa
wypowiedziane niegdyś przez Dona
Normana, wiceprezydenta w Apple w latach 1993-1998, tłumaczą filozofię
producenta z Cupertino. "Jabłuszka" pod wodzą Jobsa od kilku lat wyznaczają
trendy w stylistyce na rynku IT, a we wszelkiego rodzaju rankingach marek Apple
plasuje się na czołowych pozycjach, czasami nawet zajmując pierwszą lokatę. Ale
popularność niekoniecznie musi iść w parze z wielkimi sukcesami w biznesie. Wprawdzie
iPod jest niekwestionowanym liderem na rynku odtwarzaczy muzycznych, ale już Macintosh
choć sprzedaje się coraz lepiej, może jak na razie pomarzyć o wynikach swoich
konkurentów - HP czy Della. Apple nie podbił również rynku telefonii
komórkowej. Do końca maja bieżącego roku firma sprzedała 6 milionów telefonów,
co nie daje jej chociażby 1 procentowego udziału w rynku. iPhone stanowi niewielką część całościowej sprzedaży
Apple, w ostatnim kwartale było to 5 procent przychodów firm, dla porównania
sprzedaż Macintoshy i iPodów generuje 75 procent przychodu. Choć należy
zaznaczyć, że telefon przynosi całkiem godziwy zysk - około 100 dolarów. Czy nowy iPhone poprawi wynik swojego
poprzednika? Wszystko wskazuje na to, że
tak, ale nie na tyle, aby mocno przestraszyć największych graczy na rynku
telefonii komórkowej. Nowa wersja ma być sprzedawana początkowo w
07 lip · Pn 2008
Nie będę tęsknił za Tele2
Pogłoski o planach przejęcia filii Tele2 w
Polsce przez któregoś z operatorów pojawiały się od kilku miesięcy. Dlatego
oficjalny komunikat Netii o nabyciu 100 procent udziałów Tele2 Polska nie zaskoczył
osób związanych z branżą
telekomunikacyjną. Zresztą Szwedzi wcześniej wycofali
się z kilku rynków europejskich między innymi Francji, Czech czy z Belgii. W
Polsce ostatnimi czasy nie odnosili oszałamiających sukcesów, a na rynku
broadbandu ponieśli dotkliwą porażkę. Pewną niespodzianką może być cena, za którą Netia
kupiła Tele2. Analitycy szacowali wartość polskiej filii Tele2 na 300 milionów
złotych, Netia zapłaciła niemal trzykrotnie mniej (105,8 mln złotych). Paweł
Puchalski, analityk domu maklerskiego BZ WBK, przyznał na łamach
Rzeczpospolitej, że transakcja jest korzystna dla Netii ze względu na dobrą
cenę. Z drugiej jednak strony wyraził obawę, że nowa sytuacja przyczyni się do zmniejszenia
nacisku konkurencyjnego na TP, jaki wywierają alternatywne telekomy. W pewnej
części są to niepokoje uzasadnione, bowiem do tej pory właśnie Tele2 najbardziej uprzykrzało
życie "Tepsie". Niewykluczone, że po
zniknięciu Szwedów operator zasiedziały zyska nieco więcej swobody, ale sielanka nie
potrwa zbyt długo. Pałeczkę od Tele2
przejmie Netia, znacznie silniejsza po połknięciu najgroźniejszego
konkurenta. Pozostaje mieć nadzieje, że pod rządami nowego prezesa uaktywni się
również Telefonia Dialog, sprawiająca od pewnego czasu wrażenie zagubionego gracza.
Nie można również lekceważyć kablówek, które na koniec 2007 roku miały blisko
400 tysięcy abonentów telefonii stacjonarnej i ponad 800 tysięcy szerokiego
pasma. Dlatego chyba nie warto płakać po Tele2, tym bardziej, że niektóre
działania operatora nie przysporzyły mu zbytniej
chwały. Szwedzki telekom kojarzyć mi się będzie głównie z z uciążliwymi domokrążcami. Tele2 zasłynęło także z wprowadzenia niezrozumiałych dla większości
abonentów procedur zawierania umów przez telefon, prowadzących do składania niezamierzonych
oświadczeń woli. Wiele do życzenia pozostawiał sposób rozpatrywania reklamacji przez operatora, w sieci można znaleźć niemal już kultowe zapisy rozmów konsultantów Tele2
z klientami. Chluby specom do wizerunku nie przyniosło kopiowanie pomysłów
konkurencji - darmowy Internet.
Ale pomimo kontrowersyjnych poczynań Tele2 odegrało również pozytywną rolę na
polskim rynku, bowiem był to pierwszy alternatywny operator, który wyruszył na wojnę z
TP.
30 cze · Pn 2008
Ciężki żywot MVNO
Dziś do walki włącza się kolejny MVNO - Cyfrowy Polsat. Prawdopodobnie wydarzenie to umknie uwadze, zwłaszcza w kontekście informacji o przejęciu Tele2 przez Netię. Zresztą debiuty wirtualnych operatorów mało kogo dziś ekscytują. Tym bardziej, że w kolejce czeka ponad 340 podmiotów gospodarczych zarejestrowanych jako MVNO. Zdecydowana większość nigdy nie rozpocznie działalności, jeszcze inni szybko przekonają się, że sprzedaż usług telefonii mobilnej przerasta ich możliwości i po cichu wycofają się z biznesu, a tylko nieliczni odniosą sukces. Niewykluczone, że w gronie szczęśliwców znajdzie się dzisiejszy debiutant, pod warunkiem, że nie będzie działał tak nieporadnie jak WPMobi, myAVON czy mBank mobile. Wymieniona trójka uzbierała w ubiegłym roku niewiele ponad 50 tysięcy klientów, o 720 tysięcy mniej niż Polska Telefonia Cyfrowa, która notabene uzyskała najgorszy wynik ze wszystkich operatorów infrastrukturalnych. Co niektórzy wyciągnęli wnioski z błędów popełnionych przez swoich poprzedników. Chyba najlepszym przykładem jest marka prawdziwych facetów Mobilking. Pomimo tego, że kampania reklamowa nowego operatora była niesmaczna i prymitywna, to jednak osiągnął on zamierzony cel, jakim był medialny rozgłos. W trzy miesiące od wejścia na rynek pozyskał 45 tysięcy prawdziwych mężczyzn, niewiele jak na kraj, który liczy ponad 15, 6 miliona osobników płci brzydkiej powyżej 15 roku życia. Ale jeśli porównać wynik z osiągnięciami WPMobi, myAVON czy mBank mobile to budzi on uznanie. Operator zamierza zdobyć do końca roku 200 tysięcy klientów, a tym co może cieszyć jest fakt, że nieco przedefiniował pojęcie prawdziwych mężczyzn. To nie tylko ci, którzy zbierają fotki z roznegliżowanymi paniami, ale również pasjonują się sportem, stąd objęcie sponsoringiem Speedway Ekstraligi Żużlowej. Choć dla Warszawiaków żużel to dyscyplina egzotyczna, to jednak w takich miastach jak Toruń, Częstochowa, Tarnów, Zielona Góra czy Rzeszów cieszy się większą popularnością aniżeli piłka nożna i jestem bezsprzecznie numerem jeden. Innym wirtualnym graczem, który może pokusić się o przyzwoity wyniki jest Mova - marka sieci handlowej Carrefour. W tym przypadku nie mamy do czynienia z szokującymi reklamami, lecz przemyślaną nazwą, która dobrze współgra ze sloganem "Ułatwia kontakt". Carrefour za każde 10 PLN wydane na zakupy daje klientom 1 minutę na rozmowy. Wiele wskazuje na to, że Francuzi powtórzą sukces sieci supermarketów Tesco czy Aldi czy McDonald's, które sprawdziły się w roli MVNO. Według nieoficjalnych informacji z Movy, która wystartowała w pierwszej połowie kwietnia, korzysta już około 50 tysięcy Polaków. Kilkanaście dni przed Cyfrowym Polsatem usługi telefonii komórkowej wprowadziła do swojej oferty telewizja kablowa Aster. To pierwszy w naszym kraju MVNO świadczący usługi abonamentowe. Warto zaznaczyć, że do końca ubiegłego roku kablówka pozyskała 50 tysięcy abonentów telefonii stacjonarnej. Dlaczego nie miałaby uzyskać lepszego wyniku na rynku telefonii mobilnej? Nowa usługa ma być dopełnieniem dotychczasowej oferty: telewizji kablowej, szerokopasmowego dostępu do internetu i telefonii stacjonarnej. Podobne cele ma Cyfrowy Polsat, o czym wspominał na łamach Świata Telekomunikacji, prezes firmy Dominik Libicki. Różnica jest na razie taka, że Polsat ma w swoim portfolio tylko telewizję i komórki. Atutem nowego gracza na rynku mobilnej telefonii jest silna marka. Poza tym Cyfrowy Polsat serwuje swoim klientom liczne udogodnienia, np. aktywny numer telefonu można utrzymać bez regularnych doładowań, a użytkownik co miesiąc otrzymuje 15 krótkich rozmów za darmo. Na świecie działa około 400 wirtualnych operatorów, którzy pozyskali dotychczas blisko 120 milionów użytkowników, czyli około 3 procent wszystkich klientów sieci mobilnych. Choć w Wielkiej Brytanii z usług MVNO korzysta 13 procent klientów sieci komórkowych. W Polsce udział MVNO w rynku jest jak na razie śladowy, niemniej Urząd Komunikacji Elektronicznej szacuje, że na koniec 2010 osiągnie on 10 procent wartości rynku i od 10 do 15 procent liczby abonentów.
26 cze · Cz 2008
Do diabła z takim klientem
- Jakie telefony najbardziej Pana interesują - zapytała telemarketerka. -
Smartfony - odpowiedziałem. - Niestety
nie mamy takich modeli - usłyszałem w słuchawce. Moja dwuletnia umowa powoli się kończy, stąd operator przypomniał sobie o mojej skromnej osobie. Warto byłoby skorzystać z okazji. Niemniej najpierw musiałem wytłumaczyć Pani czym
jest smartfon. Zrobiłem to na tyle skutecznie, że smartfony
się znalazły. Wprawdzie oferta nie rzuciła mnie na kolana, ale coś dla siebie wybrałem. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że nie oczekiwałam od operatora telefonu
wyłącznie za 1 PLN, o czym wspomniałem mojej rozmówczyni. Pani od smartfonów zadzwoniła
zgodnie z umową na drugi dzień - Czy wybrał Pan jakiś telefonik dla siebie - zapytała. Podałem model z listy przedstawionej poprzedniego dnia przez
telemarketerkę. - Przykro mi tego
telefonu akurat nie mamy, a może Nokia E51 - odpowiedziała. To dobry telefon, aczkolwiek bardziej
odpowiadałby mi aparat z większym wyświetlaczem, dlatego podziękowałem. W końcu
udałem się do salonu firmowego operatora. Przedstawiłem swoje oczekiwania
dotyczące telefonu, nie używając na wszelki wypadek nazwy smartfon. Po czym
handlowiec przyniósł mi Nokię E51, Nokię N95 8GB, zresztą w wyjątkowo
nieatrakcyjnej cenie, i jeden z
modeli Sony Ericssona, którego
funkcjonalność nijak miała się do przedstawionych przeze mnie wymagań. Odszedłem
z kwitkiem. Postanowiłem zatem odwiedzić konkurentów. I dwóch operatorów mile mnie zaskoczyło. Z jednej strony stosunkowo bogatą
ofertą terminali, a z drugiej profesjonalizmem handlowców, którzy bez trudu
potrafili zaoferować telefony spełniające moje oczekiwanie. Przy okazji bliżej przyjrzałem się cenom
osławionej Nokii E51 i poczułem się "nabity w butelkę". Mój operator zaoferował
mi ten telefon za 99 PLN w abonamencie
firmowym. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że jestem abonentem tej sieci już od sześciu lat,
a na dodatek mam jeszcze drugi abonament. Byłaby to przyzwoita cena, ale
jeśli porównać ją z ofertą innych operatorów, którzy oferują ten telefon dla
nowych klientów w identycznej lub nawet niższej cenie, a na dodatek przy
podobnym abonamencie, można poczuć dyskomfort. Niewiele lepiej sytuacja przedstawiała się w przypadku innych subsydiowanych
smartfonów. Mój operator był gotów dopłacić do porządnego aparatu około 400
PLN, a dwaj jego konkurenci dwa razy
więcej. Z pewnością przeszedłbym obok tego obojętnie, gdyby nie puste
marketingowe formułki typu "specjalna oferta dla stałych klientów". Usługodawca
potraktował mnie niczym półgłówka, który nie jest w stanie sprawdzić cen w
Internecie lub odnaleźć salonów sprzedaży konkurentów. Owszem klasyczna teoria
marketingu skupiała się na sztuce pozyskiwaniu nowych
klientów. Ale już dość dawno udowodniono, że to tylko połowa sukcesu. Prawdziwą sztuką
jest zatrzymać klientów, tym bardziej, że koszty pozyskania nowego, mogą być
nawet pięciokrotnie wyższe od kosztów usatysfakcjonowania klienta już
posiadanego. Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć strategię operatora, lekceważącego swoich usługobiorców. Jeszcze do
niedawna klienci właściwie nie za bardzo mieli gdzie odchodzić, a poza tym przez długi czas nie było możliwości przenoszenia numeru. Trójka graczy
podzieliła między sobą równomiernie rynek, nie robiąc sobie krzywdy. Ale
pojawienie się w ubiegłym roku nowego operatora przerwało sielankę. Niestety
nie do wszystkich to chyba jeszcze dotarło. Warto się obudzić, bowiem nadchodzą następni.
14 cze · So 2008
Skastomizowany spicz
Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji poświęconej mobilnym usługom szerokopasmowym. Wśród wielu prelegentów znalazł się między innymi Klaus Hartmann, prezes Polskiej Telefonii Cyfrowej. Przysłuchiwałem się jego wystąpieniu z dużą uwagą. Po pierwsze warto posłuchać co ma do powiedzenia osoba zarządzająca jednym z największym operatorów mobilnych w Polsce. Z drugiej strony Klaus Hartmann wygłosił swoje przemówienie w języku polskim. I choć postanowił się zmierzyć z takimi słowami jak np. "częstotliwości", to egzamin z języka polskiego zdał pozytywnie, za co zebrał burzę braw. Z kolei wielu rodzimych menedżerów wychodzi z zupełnie innego założenia, im więcej anglojęzycznych zwrotów czy słów pojawi się w trakcie prezentacji, tym lepiej oceni ją zgromadzona gawiedź. I nie mam tutaj na myśli terminów związanych z technologią, takich jak WiMAX, LTE czy HSDPA, bo tworzenie dla nich polskojęzycznych odpowiedników byłoby nieporozumieniem, takim samym zresztą jakim jest nagminne wprowadzanie anglojęzycznych kalek. I tak żaden szanujący menedżer nie używa słowa "dochód" lecz "revenue", ze słownika korporacyjnego znika także powoli "użytkownik", "user" brzmi znacznie lepiej, "przyjazny" czy "łatwy w obsłudze" to określenia archaiczne, które szybko zastępuje "friendly", a "przypadek" został wyparty przez "case". Gdyby miał wybrać swój numer jeden na liście korporacyjnych słów potworków bez wahania wskazałbym na "skastomizowany". Ale już niedługo zapewne ustąpi on miejsca innej, jeszcze bardziej koszmarnej kalce. Kreatywność korporacyjnych menedżerów nie zna bowiem tutaj żadnych granic. Nie inaczej dzieje się w przypadku ofert czy usług, kierowanych bądź co bądź do polskiego klienta. Aby daleko nie szukać wystarczy przyjrzeć się usługom bezprzewodowego dostępu do Internetu. Orange oferuje swoim klientom usługę o swojsko brzmiącej nazwie "Business Everywhere", a Polska Telefonia Cyfrowa "Blueconnect". Co ciekawe, amerykańska Polonia czy wracający z zarobkowej emigracji rodacy często stają się przedmiotem wielu żartów z racji anglojęzycznych zapożyczeń, które wprowadzają do ojczystego języka. Z menedżerów śmiać się jednak nie wypada. Choć dla mnie "daj mi lajta", "złapać fleta" czy "sczardżować" brzmi tak samo śmieszne i głupio jak "nasze rewenju szybko rośnie", "skastomizowany produkt" czy "końcowy juser".
29 maj · Cz 2008
Dzieciaki na infostradzie
Donald Tusk chce rozdać wszystkim gimnazjalistom laptopy wraz z dostępem do Internetu. Zapowiedź ma ziścić się już na początku roku szkolnego 2010/11. To bardzo dobra wiadomość i to nie tylko dla uczniów, ale dla całej branży telekomunikacyjnej. Za dwa lata zniknie problem ostatniej mili, bowiem dostęp do szerokiego pasma będą mieli również uczniowie z małych miasteczek i wsi. Osobiście dodałbym do tego pakietu jeszcze jeden element - kursy dla nauczycieli, które pozwoliłby przyswoić pedagogom wiedzę na temat nowych technologii. To poważny problem, a dystans jaki dzieli ich od nastolatków niebezpiecznie się powiększa. Nie chcę obrażać nauczycieli, sam zresztą jestem dzieckiem nauczycielskim, ale to co obserwuje w ostatnim czasie budzi mój niepokój. Jeśli ktoś nie powstrzyma nieprzemyślanych działań nastolatków w Internecie, a przy okazji nie ukaże przykładnie autorów pseudodowcipów, to już wkrótce będziemy mieli sporo kłopotów. Znam gimnazja, w których na lekcjach informatyki uczniowie korzystają z Internetu, wiem również jakie strony odwiedzają, nawet pomimo stosowanych filtrów. Niedawno poznałem historię 14 letniego gimnazjalisty i przyznam się szczerze, że kiedy słuchałem opowieści jego matki, włos jeżył mi się na głowie. Dzieciaki z klasy założyły chłopakowi, oczywiście bez jego zgody, stronę na jednym z portali społecznościowych. Oprócz zdjęć chłopaka pojawiło się tam kilka niewybrednych epitetów, ale jeden był wyjątkowo ohydny - "zjebie genetyczny", tym bardziej, że dziecko ma orzeczoną niepełnosprawność i uczęszcza do klasy integracyjnej. Chłopak w ciągu dwóch miesięcy zmienił się diametralnie - stał się agresywny, zamknięty, zaczął przynosić ze szkoły złe stopnie. Co gorsza, nie powiedział o całym zdarzeniu rodzicom, z jednej strony ze wstydu, a drugiej bał się reakcji twórców witryny, którzy zakazali mu informować kogokolwiek o istnieniu strony. Zaniepokojona matka odesłała młodego człowieka do poradni psychologicznej. I tam dzięki fachowej opiece psychologa dziecko w końcu się otworzyło i opowiedziało o wszystkim. Rodzice zwrócili się do szkoły z prośbą o interwencję. Postawa wychowawcy, a także dyrektora gimnazjum była kuriozalna. Wychowawczyni, nie sprawdzając nawet zawartości strony, bo jak tłumaczyła później rodzicom, nie wiedziała jak na nią wejść, przedstawiła sprawę na forum klasy. Oczywiście nie było winnych. Dopiero kiedy nauczycielka przyszła do domu, poprosiła syna o pomoc w znalezieniu strony, ale tej już oczywiście nie było. Nie ma strony, nie ma sprawy - tak podsumowała zdarzenie nauczycielka. Jeszcze ciekawsza była reakcja pani dyrektor, która stwierdziła, że całe zdarzenie wzmocni chłopaka. Ciekawe jaka byłaby reakcja dyrektora gimnazjum, gdyby ktoś dla dowcipu założył jej witrynę, informującą o tym, że na przykład świadczy usługi erotyczne. Czy przeszłaby obok tego obojętnie? Na ile taka witryna wzmocniłaby jej psychikę? Przypadek 14 letniego chłopaka nie jest odosobniony. Jak wynika z badań zleconych przez fundację Dzieci Niczyje 52 procent internautów w wieku 12-17 lat przyznaje, że za pośrednictwem Internetu lub telefonu komórkowego doświadczyło przemocy werbalnej - wulgarnego wyzywania 47 procent, poniżania, ośmieszania i upokarzania 21 procent, a nawet straszenia i szantażowania 16 procent. Dlatego apeluję do decydentów, zróbcie coś, zanim dzieciaki porozbijają się na infostradach. I nie czekajcie na ofiary.
19 maj · Pn 2008
Orange żegna ekstraklasę
Orange wycofał się ze sponsorowania
piłkarskiej ekstraklasy. Prezes Grażyna Piotrowska-Oliwa może odetchnąć z
ulgą, wreszcie udało się pozbyć zbędnego balastu. W lutym 2005, kiedy to operator
rozpoczynał swoją przygodę z polską piłką, co niektórzy uśmiechali się z
przekąsem, że to całkiem dobry alians, bowiem operator jest niemal tak samo
kiepski jak liga. Ale dziś takie porównanie byłoby niesprawiedliwe dla jednej ze stron, bo o ile
Orange w ciągu ostatnich trzech lat może pochwalić się sukcesami, o tyle nasza
ekstraklasa już nie. W zestawieniu IFFH, prezentującym piłkarskie ligi z całego
świata, Orange Ekstraklasa zajęła 53 miejsce. Od 1997 roku żadnej z naszych
drużyn nie udało się dostać do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Średnio na mecze
polskiej ligi przychodzi 7 tysięcy, niemieckiej ponad 37 tysięcy, a
najsilniejszej na świecie angielskiej 34 tysiące. Ekstraklasa Orange to produkt marnej jakości.
A różnica pomiędzy oglądaniem rodzimej ekstraklasy a Premiership jest mniej
więcej taka jak pomiędzy robieniem zakupów na stadionie X-lecia a Oxford Street. Z jednej strony mamy
tandetę wyłożoną na straganach, a z drugiej markowe produkty w eleganckich,
przestronnych salonach. Nieco inaczej podeszli do sponsoringu konkurenci PTK Centertel. Polkomtel SA sponsoruje produkt z najwyżej
półki, jakim jest bez wątpienia ekstraklasa siatkówki mężczyzn. I choć na mecze
ligi siatkówki przychodzi mniej widzów niż na piłkę nożną, to jednak jest ona uważana
za jedną z najsilniejszych w Europie. A zatrudnienie w niej znajdują między
innymi reprezentanci Niemiec, Finlandii, Hiszpanii czy Francji. Ilość nie zawsze
idzie w parzę jakością, a rolą sponsoringu jest przede wszystkim kreowanie
wizerunku. Co chyba lepiej zrozumiał Plus. W ciągu ostatnich trzech lat PTK Centertel
przeznaczył na kontrakt sponsorski około 30 milionów złotych. Operator przedłożył
spółce Ekstraklasa SA propozycję dalszej współpracy, ale ta została odrzucona. Według
nieoficjalnych wiadomości spółka Ekstraklasa
SA oczekiwała od tytularnego sponsora ligi około 60 milionów złotych, czyli dwa
razy więcej niż płacił dotychczas operator.
To trochę tak jak gdyby mierny pracownik o wątpliwej
reputacji, zagroził szefowi, że odejdzie, jeśli nie dostanie podwyżki. PTK
Centertel zamierza wykorzystać zarezerwowane na sponsoring środki na inne cele,
prawdopodobnie
12 maj · Pn 2008
Nad Wisłą zwycięża tradycja
Analitycy dawno postawili krzyżyk na tradycyjnej telefonii. Pod koniec ubiegłego wieku pojawiały się prognozy, zapowiadające zmierzch klasycznych PBX-ów. Gdyby im wierzyć, to dziś jedynym miejscem dla popularnych centralek abonenckich byłoby muzeum techniki. Sukces VoIP odtrąbiono chyba za szybko. W Polsce technologia ta wciąż pozostaje w niszy. Owszem docierają do nas marketingowe formułki : "sprzedaż szybko rośnie", "odnotowujemy wzrost zainteresowania", "kilkuset procentowy wzrost w skali roku", "rosnący popyt". Niestety nośnym zwrotom z reguły nie towarzyszą konkretne dane, trudno zatem brać tego typu wypowiedzi na serio. Ale nie powinniśmy wpadać w kompleksy i rozpaczać, że śmieje się z nas cała Europa. Aby poprawić nastrój wystarczy przyjrzeć się wynikom ostatniego raportu firmy Canalys Research dotyczącego sprzedaży systemów telekomunikacyjnych dla przedsiębiorstw w regionie EMEA (Europa, Afryka, Bliski Wschód). W 2007 roku co czwarty sprzedawany na rynku EMEA port był linią IP. Jak na razie z tego typu rozwiązań korzystają głównie duże firmy. Autorzy raportu przyznają, że ewolucja IP postępuje znacznie wolniej niż przewidywali analitycy. A jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest niewielki popyt na systemy IP PBX ze strony małych firm. Wynika to z ich wrażliwości cenowej, a także dodatkowych wydatków, jakie muszą ponieść w związku z wdrożeniem nowej technologii. W regionie EMEA palma pierwszeństwa przypadła Siemensowi i Alcatel Lucent. Jednak próżno byłoby szukać tych firm w pierwszej trójce producentów sprzedających najwięcej linii w Polsce. Nad Wisłą królują dwie rodzime marki Platan oraz Slican, a także Panasonic Polska. Okazuje się, że krajowi producenci potrafią konkurować z najlepszymi. Światowi giganci często z lekceważeniem spoglądają na mniejszych graczy, przepowiadając im rychły koniec. Szkoda tylko, że niektórzy zagraniczni vendorzy chowają głęboko w szufladach wyniki dotyczące sprzedaży na polskim rynku. Gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, że tego typu praktyki są obce obu wymienionym wcześniej liderom rynku EMEA. W ubiegłym roku liczba sprzedanych w Polsce portów IP nie osiągnęła nawet 10 procent rynku. A firmy, mogące się pochwalić największą liczbą sprzedanych linii, zawdzięczają swoje pozycje tradycyjnym rozwiązaniom PBX. Dlaczego polskie firmy nie sięgają po IP PBX? Po pierwsze małych i średnich firm nie stać na zakup tego typu rozwiązań, co zresztą jest charakterystyczną cechą dla całego regionu EMEA.. Innym powodem jest racjonalne myślenie rodzimych przedsiębiorców. Jak bowiem w pełni wykorzystać zalety nowoczesnego IP PBX w krajowej infrastrukturze telekomunikacyjnej? To trochę tak jakby poruszać się Ferrari po naszych dziurawych drogach. Niestety brakuje nam nie tylko autostrad, ale również infostrad. Tymi pierwszymi interesuje się przynajmniej rząd, drugimi prawie nikt. Niewiele lepiej sytuacja przedstawia się wśród odbiorców domowych. Tutaj nie doczekaliśmy się spójnej, całościowej koncepcji badań rodzimego rynku VoIP. Trudno bowiem oceniać go na podstawie liczby pobrań komunikatora głosowego ze strony www. Dlatego jak na razie należy zaufać pracowniom badawczym takim jak TNS OBOP czy CBM Indicator. Kiedy obie firmy po raz pierwszy opublikowały wyniki badań, z których wynikało, że Polacy mają co najmniej mgliste pojęcie o VoIP, natychmiast odezwały się głosy, dezawuujące ich wartość. Oponenci zwracali uwagę na fakt, że Polacy mogą korzystać z VoIP, choć nie mają o tym zielonego pojęcia. CBM Indicator zdecydował więc zapytać wprost polskich internautów, czy korzystają z komunikatorów głosowych takich jak Skype czy Tlenofon. Okazało się, że 72 procent internautów nie korzysta z tej formy komunikacji. To wynik lepszy, aniżeli ten uzyskany przez TNS OBOP, gdzie tylko 6 procent respondentów ma świadomość czym jest VoIP i zdarzyło się im z niego korzystać. Niemniej wykorzystanie komunikatorów głosowych wypada dość blado w porównaniu z tekstowymi, których według danych CBM Indicator używa 55 procent internautów. Na rozkwit VoIP przyjdzie nam zatem jeszcze trochę poczekać i radzę nie pozbywać się zbyt szybko tradycyjnych centralek telefonicznych czy telefonów. Mogą się przydać.
25 kwi · Pt 2008
Mobilni mają kłopoty
Jestem
szczęśliwym posiadaczem dwóch abonamentów w jednej z sieci komórkowych, ale mój operator próbuje wcisnąć mi kolejny. Już
teraz mam kłopot z wykorzystaniem dostępnych minut, bowiem nie jestem zbyt
gadatliwym osobnikiem. Co gorsza, nie należę do pokolenia kciuka, w związku z
tym nie wysyłam miesięcznie setek SMS-ów. Ale marketingowcy są innego zdania. Uważają,
że przydałby mi się również nowy telefon. Oczywiście oddadzą go za symboliczną złotówkę, niemniej muszę podpisać
24 miesięczną umowę. Miła pani z
telemarketingu dzwoni co kilka dni, proponując "wypasione" komórki w
rewelacyjnej cenie - 1 PLN. Szkoda, że to nie rynkowe hity tylko przestarzałe
modele zalegające magazyny. W końcu oddycham z ulgą, kiedy pani od super telefonów
składa broń, chyba zmęczona moją kolejną odmową. Ale nie mam złudzeń, że niebawem
znów zadzwoni. Tym razem podsunie mi mobilny dostęp do Internetu z prędkością
7,2 Mbit/s. Niestety okaże się, że prędkość reklamowana na billboardzie to kit,
a realne wartości oscylują w najlepszym przypadku wokół 2 Mbit/s. Operatorzy
mobilni nacierają coraz mocniej, zresztą trudno im się dziwić, poziom
penetracji telefonii komórkowej w Polsce przekroczył 110 procent. Agresywny
marketing i sztuczki na pograniczu fair play pomogą nieco dźwignąć do góry słupki sprzedaży,
tylko co dalej? Co gorsza, zabawę operatorom zamierza popsuć UKE, Viviane Reding ostro tnie ceny roamingu, a do
gry niebawem włączą się nowi gracze. Mobilni nie spodziewali się, że tak szybko
dotknie ich problem, z którym już od dłuższego czasu borykają się ich
stacjonarni koledzy, a mianowicie spadające przychody z połączeń głosowych. Okazuje
się, że HSDPA, która miała zapewnić wzrost przychodów z transmisji danych, nie
jest w stanie konkurować z przewodowymi technologiami dostępu. - Nie spotkałem jeszcze osoby z branży, czy
wizjonerów, którzy potwierdziliby tezę, że dostęp radiowy wygra - mówi Maciej Witucki. I w tym wypadku trudno z prezesem
TP polemizować. Jak na razie szybki, mobilny Internet sprawdza się wyłącznie przy
biurku w dużym mieście. Choć i tutaj użytkowników czekają niemiłe niespodzianki,
jak na przykład prędkość pobierania danych na poziomie 300 kbit/s. Zbawienie komórkowcom
ma przynieść technologia LTE, oferująca prędkość powyżej 100 Mbit/s. Według
optymistycznych prognoz wdrożenie komercyjnych usług LTE w sieciach Verizon i
NTT DoCoMo nastąpi w latach
2009-2010. Jednak co niektórzy studzą
zapał orędowników nowej technologii . Zdaniem profesora Zbigniewa
Kądzielskiego dyrektora generalnego Instytutu Łączności, LTE zaistnieje na
szerszą skalę dopiero za kilka lat.
Nie mniej nośnym tematem niż LTE jest telewizja komórkowa. Ale tutaj chyba tylko niepoprawni
optymiści wierzą w sukces przedsięwzięcia. Jak do tej pory komercyjnym sukcesem
na tym polu mogą się pochwalić jedynie Włosi. Do mobilnej telewizji mieszkańców
Półwyspu Apenińskiego przyciągnęła Serie
A. To bardzo zła wiadomość dla polskich operatorów. Bo komu chciałoby się oglądać, na dodatek w telefonie komórkowym, mecz Polonii Bytom z
Jagiellonią Białystok. Poza tym Maciej
Witucki zagroził, że jeśli UKE nie zmieni swojej strategii to operator nie
zamierza subsydiować terminali umożliwiających odbiór mobilnej telewizji. Zresztą nowa strategia UKE to ciężki cios dla mobilnych, o czym świadczą ich reakcje. O ile komentarz prezesa TP dotyczący nowych pomysłów Anny
Streżyńskiej i jej ekipy był raczej spokojny, o tyle prezes PTK Centertel
Grażyna Piotrowska Oliwa nie zostawiła na UKE suchej nitki. - Jedną z największych barier w rozwoju infrastruktury jest nieprzewidywalność regulatora i promowanie konkurencji na istniejącej
infrastrukturze, czyli polityka
Janosika. Zabrać jednym a dać innym, według mnie to polityka wbrew rozsądkowi biznesowemu i wbrew jakimkolwiek
regulacjom europejskim - powiedziała podczas tegorocznego Sympozjum Świata
Telekomunikacji.
Popłoch wśród operatorów wywołała przede
wszystkim zapowiedź obniżenia średnich stawek MTR (ang. Mobile Termination
Rate, opłata za zestawienie rozmowy do użytkownika sieci komórkowej,
pobierana przez jego operatora komórkowego). Na koniec 2010 roku stawka ta ma
wynosić 15 groszy, choć Anna Streżyńska nie wyklucza jeszcze niższych opłat. Warto
zaznaczyć, że średnia stawka MTR w UE wynosi 9,67 eurocenta, natomiast w Polsce
40 groszy, czyli około 12 eurocentów. Czy wojna, którą wypowiedział operatorom
komórkowym regulator zmieni krajobraz na rynku? Jeśli przyjrzeć się temu co
wydarzyło się w ostatnich dwóch latach na rynku broadbandu, należy sądzić, że
tak. I my konsumenci powinniśmy się z tego cieszyć, nawet jeśli operatorzy nie
będą subsydiować terminali do oglądania mobilnej telewizji.
07 kwi · Pn 2008
Nowe media, stare problemy
Nowy wiek przyniósł duże zmiany na rynku mediów. Ale to dopiero przedsmak, tego co czeka nas w najbliższych latach. Wszystko wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości palmę pierwszeństwa na rynku mediów przejmie Internet. Już dziś wielu młodych ludzi spędza więcej czasu na portalach społecznościowych aniżeli przed telewizorem. Znamienny jest przykład czeskiego zespołu Banjo Band, wykonawców Josina z Bazin. Okazało się, że aby wypromować przebój, nie trzeba angażować wszelkiej maści menedżerów i nie puszczać piosenki od rana do wieczora w najpopularniejszych stacjach radiowych. Józka z bagien odkrył i wykreował przecież You Tube. Nowe media to także nowe rozdanie kart. Do stolika dosiadają się młodzi gracze, wyciągając asy z rękawa. Najmłodszym miliarderem na świecie jest zaledwie 23-letni Mark Zuckerberg, autor portalu Facebook,. Jego fortunę szacuje się na 1,5 miliarda dolarów. Na naszym rodzimym podwórku gwiazdą ostatnich miesięcy jest Maciej Popowicz, twórca portalu Nasza-klasa.pl, będącego klonem amerykańskiego serwisu Classmates.com. Nie przeszkodziło to jednak Popowiczowi niemal w mgnieniu oka zostać milionerem. Czy młodzi, gniewni zawładną Internetem? Tutaj nie ma reguły. Z jednej strony mamy bowiem przykład Google czy wspomnianego wcześniej Facebooka. Ale Jack Ma, właściciel najpopularniejszej platformy handlowej w Azji - Alibaba, liczy sobie 44 lata, zatem trudno go zaliczyć do młodej gwardii. W Chinach do Alibaba Group należy wyszukiwarka Yahoo, system płatności online Alipay oraz Taobao.com - chiński odpowiednik Ebay. Z pewnością bardziej niż metryka liczy się inwencja. Niestety tej ostatniej najwyraźniej brakuje wielu rodzimym politykom, którzy jak zauważa, na łamach magazynu Świat Telekomunikacji, Anna Streżyńska wciąż tkwią w archiwum intelektualnym. Nie wiadomo jak ich wyprowadzić. Co gorsza, problemów do rozwiązania nie brakuje. Jednym z kluczowych pozostaje rozbudowa infrastruktury telekomunikacyjnej, bo bez niej korzystanie z nowych mediów będzie coraz trudniejsze. Jak do tej pory doczekaliśmy się jedynie ciekawego raportu Instytutu Łączności, który zwraca uwagę na konieczność stworzenia strategii rozbudowy infrastruktury. Wprawdzie pojawiają się zapowiedzi, że taka strategia jest przygotowywana przez ministerstwo infrastruktury. Ale kiedy ujrzy światło dzienne i co będzie zawierać, pozostaje zagadką. Choć nastała era nowych mediów, to politycy wciąż traktują je po staremu. Co bardziej naiwni wierzyli, że nowa ustawa medialna będzie dużym krokiem w kierunku integracji medialnych i telekomunikacyjnych systemów regulacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że tak się nie stanie. Tradycyjnie ważniejszy był podział stanowisk i kompetencji aniżeli merytoryczne zmiany. Nie pozostaje zatem na tym nic innego, niż dalsze oczekiwanie na cud. W tym wypadku na You Tube nie ma co liczyć, bo ten jak na razie oprócz Józka z bagien, wykreował Kononowicza.
27 mar · Cz 2008
Ostrożniej z tym Internetem
Internet w rękach polskich polityków jest jak zapałki w rękach dziecka. Posługują się oni tym narzędziem komunikacji bardzo nieporadnie. Jako pierwszy w sidła sieci wpadł Jarosław Kaczyński. Spin doktorzy chcieli ocieplić wizerunek
byłego premiera w Internecie, ale już pierwszy wywiad prezesa PIS na partyjnym portalu zniweczył ich plany. Wśród
tych, którzy bezlitośnie wypunktowali nieprzemyślaną wypowiedź Kaczyńskiego znaleźli
się platformersi. Tymczasem Platforma także wpadła w sieciową
pułapkę, zamieszczając na partyjnej witrynie sondę na temat ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Autorom tego pomysłu wydawało się, że internauci
przygniatającą większością poprą stanowisko rządzącej koalicji. Ku zdziwieniu polityków
Platformy większość respondentów była przeciwko ratyfikacji traktatu. Na pytanie, czy posłowie powinni ratyfikować traktat, kilka tysięcy
głosujących odpowiedziało: "nie". Ale nagle wyniki się odwróciły i na
"nie" było już tylko 900 osób, a za ratyfikacją - 5 tysięcy. Wreszcie
sondę usunięto i zastąpił ją licznik poparcia. Filmik o zmieniających się niczym w
kalejdoskopie wynikach można obejrzeć na You Tube. Z kolei na stronie PO widnieje komunikat - "W związku z licznymi
komentarzami dotyczącymi wyników sondażu nt. ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego,
oraz uzasadnionymi przesłankami wskazującymi na podejmowanie działań celowo
zniekształcających wyniki sondy, zostaje ona zawieszona. Jej ponowne
uruchomienie nastąpi po wprowadzeniu zabezpieczeń minimalizujących ryzyko
ponownych manipulacji w przyszłości".
Wiceszef klubu
Platformy Obywatelskiej Grzegorz Dolniak, przyznał że przyczyną całego zamieszania
była przebudowa strony internetowej. Z kolei Paweł Graś, poseł PO, tłumaczył, że stronę
zaatakowali hakerzy.
20 mar · Cz 2008
Uderz w stół, a nożyce się odezwą